poniedziałek, 12 listopada 2007

Rozrywka polityczna

Strajk której grupy zawodowej sparaliżował dziś Amerykę? Kolejarzy? Nafciarzy? Lekarzy? Nauczycieli? Nie, scenarzystów seriali i programów telewizyjnych. Uznali oni, że dość już mają sytuacji, w której ich dzieła oglądane są przez miliony widzów w Internecie i na wypożyczonych płytach DVD, podczas gdy oni nie mają z tego ani centa (dostają jedynie tantiemy z emisji telewizyjnych i sprzedaży DVD, zresztą śmiesznie małe). Parę dni temu rozpoczęli ogólnonarodowy strajk i wyszli na ulice Los Angeles i Nowego Jorku. Wspierają ich znani aktorzy na czele z Evą Longorią i Jayem Leno. Producenci jednak nie chcą ustąpić, zasłaniając się argumentem, że koszty produkcji telewizyjnych musiałyby radykalnie wzrosnąć, gdyby przychylili się do żądań scenarzystów. W efekcie w tym tygodniu Amerykanie nie mogą obejrzeć najnowszych odcinków swoich ulubionych seriali i talk-shows. O wadze sprawy świadczyć może choćby to, że zaangażowali się w nią również najważniejsi kandydaci w najbliższych wyborach prezydenckich. Wątpliwości nie zostawiają też nagłówki gazet z najbardziej dramatycznym „Apocalypse Now!” („Variety”). Oburzeni widzowie domagają się natychmiastowego przerwania strajków. Nieoczekiwane wsparcie scenarzyści dostali jednak ze strony religijnej prawicy, szczęśliwej każdym nieszczęściem Hollywood.

Cała historia wydaje się dość kuriozalna, skala emocji jakie wywołała nie pozwala jej jednak zlekceważyć. Warto też zastanowić się nad jednym: czy strajk jakiejkolwiek innej grupy zawodowej w USA mógłby doprowadzić do takiego zamieszania, na gorąco komentowanego przez wszystkie media? Wątpliwe.

Jestem pewien, że to wydarzenie przejdzie do historii. W sposób niezwykle widowiskowy i przekonujący obrazuje ono to, co skądinąd wiemy już z uczonych opracowań: najistotniejszą potrzebą mieszkańców bogatych społeczeństw Zachodu jest dziś rozrywka. Jest to nie tylko potrzeba fundamentalna, ale i uważana za fundamentalną: obywatele są świadomi swego bezwarunkowego prawa do rozrywki, równie niepodważalnego jak prawo do zaspokojenia głodu czy do osobistej wolności. A może nawet bardziej: przeciętny Amerykanin zapewne uznałby, że zachowanie życia i wolności oraz zdobycie pożywienia to sprawy, za które sam jest odpowiedzialny i sam musi je sobie zdobyć. Rozrywka natomiast ma mu być dostarczona.

Rozrywka jest więc nie tylko podstawową potrzebą w planie egzystencjalnym, ale też w wymiarze społecznym. Innymi słowy: strajk scenarzystów jest empirycznym dowodem tego, że rozrywka stała się w ostatnich dekadach sprawą par excellence polityczną.

Wytrawny znawca tej kategorii problemów, Marcin Król komentuje („Dziennik”, 10-11.11.2007): „[…] człowiek ma już prawo do serialu, tak jak scenarzysta ma prawo do strajku. Jest to jawny konflikt społeczny podobny do konfliktów, jakie powodują [w Polsce – L.H.] strajki lekarzy. […] zorganizowana i masowa rozrywka stała się niezbędnym elementem cywilizacji demokratycznej”. I dalej: „Co więcej, [strajk scenarzystów] to tylko początki, bo […] zapotrzebowanie na rozrywkę będzie tylko rosło. […] Czyżbyśmy więc byli na progu nowej apokalipsy? Nie sądzę. To tylko rozrywka i dobrze, że ludzie mają ją zapewnioną. Jednak właśnie dlatego zaczną się liczyć strajki scenarzystów, aktorów […] lub reżyserów […]. Ta grupa zawodowa, podobnie jak inne związane z najważniejszym obok rozwoju gospodarki zadaniem współczesnej cywilizacji, czyli rozwojem rozrywki, stała się już i będzie w coraz większym stopniu grupą znajdującą się w awangardzie ‘międzynarodowego proletariatu’.” Kończy jednak: „To tylko zmiana potrzeb i wobec tego zmiana hierarchii ról społecznych.”

W dwóch punktach nie do końca się z prof. Królem zgodzę. Jedna kwestia ma charakter w zasadzie czysto retoryczny: w oczywisty sposób nie jest prawdą, że grupa zawodowa „dostarczycieli rozrywki” może kandydować na stanowisko nowego „międzynarodowego proletariatu” – z tej prostej przyczyny, że przeciętny scenarzysta telewizyjnego serialu jest (nieznacznie, ale jednak) bogatszy od przeciętnego widza.

Druga kwestia jest istotniejsza, a również w pewien sposób wiąże się z pojęciem „proletariatu”. Strajk scenarzystów pokazuje bowiem, że jeżeli ktokolwiek chciałby dziś przeprowadzić ekonomiczno-polityczną analizę tego rodzaju, jakiej dokonał Marks używając m.in. pojęcia „proletariatu” właśnie, uwzględnić musi rozrywkę jako czynnik równie ważny, a przypuszczalnie ważniejszy niż praca. Oczywiście, „stosunki rozrywki” rządzić się muszą inną logiką niż „stosunki pracy”, co oznacza, że marksizm musiałby zostać dzisiaj przebudowany nie do poznania. Samo w sobie nie byłoby to szczególnie ważne, tak jak nie jest dziś szczególnie ważny taki prawdziwy Marksowy marksizm. Zaryzykuję jednak tezę, że dotyczyć to musi każdej ekonomii politycznej i, co za tym idzie, przypuszczalnie każdej filozofii politycznej.

Awans rozrywki do statusu problemu politycznego nie jest tylko „zmianą potrzeb” – to właśnie drugi punkt, w którym nie zgadzam się z Królem. Rozrywka jest bowiem potrzebą nie tylko różną od tych, które przez wieki zwykliśmy uważać za podstawowe – jest potrzebą zupełnie innego rodzaju. Dotychczas za fundamentalne uważano głównie potrzeby biologiczne: zdobycie pokarmu, bezpieczeństwo itd., od pewnego czasu w jakimś sensie również najbardziej podstawowe potrzeby społeczne (stąd można np. mówić o prawie do godności). Rozrywka nie zalicza się jednak ani do jednej ani do drugiej grupy. Zaliczenie jej do potrzeb fundamentalnych, które dokonuje się na naszych oczach, oznacza więc radykalną transformację całej struktury potrzeb ludzkich. Struktura ta jest zaś jednym z najważniejszych warunków brzegowych polityki i jedną z głównych determinant wszelkich organizacji społecznych, z państwem na czele. Jej przemiana musi więc spowodować także przemianę tego wszystkiego, co od niej w taki bądź inny sposób zależne. Jeżeli mam rację, to za kilka dekad, gdy zmiana ta dokona się w pełni, w społeczeństwach zachodnich dokona się zasadnicza transformacja polityki i stosunków społecznych, której kierunek trudno na razie przewidzieć.

W skrajnym przypadku cała nasza kumulowana od dwóch i pół tysiąca lat wiedza na temat społeczeństwa może okazać się zupełnie bezwartościowa. Będziemy wtedy musieli napisać nowe „Państwo”, „Politykę”, „Księcia” i „Lewiatana”, „Bogactwo narodów”, „Kapitał” i „Gospodarkę i społeczeństwo”.

(A na koniec pięć minut dla literatury: a może okaże się, że wystarczy napisać identycznie te same dzieła jeszcze raz, jak Pierre Menard napisał Don Kichota?)

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Eee tam. Ameryka bynajmniej nie jest "sparaliżowana", a sam strajk nie budzi tu szczególnych emocji poza branżą telewizyjną (wystarczy zerknąć na strony serwisów informacyjnych, na przykład cnn.com). Scenariusze poszczególnych odcinków seriali tv są pisane zwykle na co najmniej kilka miesięcy przed emisją, kręcenie i postprodukcja zajmują jednak trochę czasu, zatem apokalipsa raczej nie nastąpi w najbliższym tygodniu. No i Jay Leno nie jest aktorem...

Anonimowy pisze...

ech, errata ;)
Leno is not widely known as an actor (legendarily, in auditioning for a role on Mork & Mindy which would go to Jay Thomas, he was told that he had a face that would scare children), but he had a number of small roles early in his career in mostly unsuccessful movies; an exception was a bit part in the more popular film American Hot Wax. (Wikipedia)

Leopold Hess pisze...

Jeżeli chodzi o JL, to oczywiście skrót myślowy (ważne, że występuje na ekranie i potrzebuje scenarzysty;). Oczywiście, że strajk scenarzystów nie może w żadnym dosłownym sensie "sparaliżować" niczego, ale fakt, że w ogóle coś takiego się dzieje i nie jest traktowane jako żart jest symptomatyczny. Udział Obamy i Clinton też o czymś świadczy. (Jasne, że oni w tej chwili nie mogą przepuścić żadnej okazji, ale liczy się to, że w ogóle potraktowali to jako okazję). Moje źródło ("Dziennik") cytuje m.in. Variety, New York Times, AP, ABC i FOX oraz forum MTV, więc to obejmuje trochę więcej niż branżę telewizyjną.

Co do produkcji odcinków seriali, to sprawa jest bardziej skomplikowana. Odcinki "tasiemców" pisze się z bardzo niedużym wyprzedzeniem i podobno już w piątek niektórych z nich zabrakło (przede wszystkim "Mody na sukces"). Podobnie z talk-shows itp.
A każdy dzień zwłoki w zdjęciach i tak oznaczać można kłopoty z emisją na czas, nawet jeżeli dopiero za kilka miesięcy.

Co nie zmienia faktu, że oczywiście trochę ukolorozywałem sprawę;) Niemniej sądzę, że sprawa jest godna uwagi. Tak czy tak, dziękuję za komentarz z bliska.

Anonimowy pisze...

no tak, ale w Polsce też pewnie znalazłoby się sporo ludzi, którym byłoby bardzo przykro, gdyby nagle nie mogli sobie obejrzeć nowego odcinka M jak Miłość i byli skazani na powtórki; czy to jednak oznacza przewrót kulturowy u bram? Jasne, że w różnych mediach znalazły się informacje o tym strajku (który był oficjalnie zapowiadany od października). Nie jest on jednak przedstawiany jako główne (ani też bardzo istotne) wydarzenie w serwisach informacyjnych, zatem chyba nie zaszła jakaś rewolucyjna zmiana w społecznej - przynajmniej oficjalnej? - hierarchii wartości. No, chyba że skutki strajku nie stały się jeszcze dostatecznie dotkliwe, by wywieść lud na barykady.

Anonimowy pisze...

http://markonzo.edu francesco http://www.giantstep.net/account/profile/53265/2/ http://www.kaneva.com/channel/orbitz.people http://www.soundclick.com/members/default.cfm?member=prilosec http://vmtoolkit.com/user/Profile.aspx?UserID=148542 http://vzochat.com/en/blog/biofreeze flora http://www.voip-info.org/users/view/keno http://www.hairdirect.com/community/user/Profile.aspx?UserName=prilosec%20side%20effects cranial http://www.recipezaar.com/member/1552244 http://www.giantstep.net/account/profile/53265/2/ spains http://tempurpedics.ning.com/profiles/blogs/tempurpedic-neck-pillow