Jako że z wszystkich komentujących expose Tuska mam chyba największe opóźnienie (a dzisiaj w dodatku dopiero pierwsza część), będzie zdawkowo i niezbyt składnie.
Tusk obiecuje nam wyjście poza alternatywę: cyniczny radykalizm – cyniczny konformizm. Obawiam się jednak, że drogą, którą potrafi zaproponować jest jedynie cyniczny technokratyzm, a to niewiele lepiej. Jego exposé daje pewne nadzieje, że będzie inaczej, ale są to nadzieje wątłe. Spróbujmy się temu przyjrzeć.
1. „Polaków nie trzeba zmieniać”. Teza wątpliwa nie tylko dlatego, że wiele można podać argumentów za tym, że Polaków trzeba zmieniać (ledwie chwilę później sam Tusk mówi, że potrzebne nam są takie cnoty jak „zdrowy rozsądek, umiar, powściągliwość, pokora” – jest dalece nieoczywiste, że Polacy mają takie cnoty). Ale również dlatego, że polityk, który nie chce zmieniać społeczeństwa, w gruncie rzeczy rezygnuje z uprawiania polityki. Niezależnie od tego, do jakich celów zmierza, zmiana prawa nie wystarczy, jeżeli nie ma ona na celu, i nie podąża za nią (albo nawet przed nią), zmiana ludzi. Liberalne społeczeństwo, o którym marzy Tusk, nie powstanie tylko dzięki liberalnym prawom. Solidarne społeczeństwo, które również nam obiecuje – tym bardziej.
2. W tym wystąpieniu musiał oczywiście pojawić się cytat z Papieża. Byłby to jedynie powód do czczej złośliwości, gdyby nie to, że jest to akurat cytat wyjątkowo dobrze wybrany – sam Tusk nie zdaje sobie przypuszczalnie sprawy z głębi jego znaczenia. Przypomina nam, że w roku 1980 (o tym również w drugiej części) narodziły się dwa marzenia: o wolności i o solidarności. Nie ma wolności bez solidarności („Solidarności”), cytuje znane hasło. Nie ma solidarności bez miłości, cytuje Wojtyłę. Sylogizm jest prosty: NIE MA WOLNOŚCI BEZ MIŁOŚCI. I ten wniosek powinien Tusk (i my wszyscy wraz z nim) dobrze przemyśleć, bo mam wrażenie, że nie do końca wie (wiemy), jak ważkie są te słowa.
Pojawienie się w tym kontekście pojęcia miłości można interpretować na co najmniej trzy sposoby. Po pierwsze, miłość może tu znaczyć nic więcej niż ciepłą, piękną, pozytywną emocję, za którą wszyscy tęsknimy. W takim wypadku jest to wyraz dość płytkiego sentymentalizmu, próba „lukrowania” polityki – tak zostało to dość powszechnie odebrane, gdy Tusk mówił o miłości tuż po ogłoszeniu wyników wyborów. Po drugie, miłość może oznaczać uczucie głębokie i ważne, ale pozostające w sferze prywatnej – wiążące człowieka z rodziną i najbliższym otoczeniem. W tym przypadku odwołanie do miłości jest niczym innym, jak próbą odpolitycznienia polityki i powiedzenia, że wszystko, co ważne, należy do sfery prywatnej – sądzę, że to właśnie Tusk miał rzeczywiście na myśli.
Po trzecie jednak, miłość mogłaby w tym kontekście mieć dużo istotniejszy wymiar. Można by „pójść za ciosem” i powiedzieć, że skoro nie ma wolności bez miłości, to miłość musi odgrywać znaczącą rolę w polityce właśnie, a nie tylko w życiu prywatnym. Miłość miałaby tu być ujęta jako siła zasadnicza dla relacji społecznych, jako właściwy motor polityki, solidarności, o której tyle Tusk mówi, zmiany.
Z kilku powodów należałoby sobie życzyć, aby Tusk mówił o miłości w tym trzecim sensie. Po pierwsze, dlatego że to pozwoliłoby mu uprawiać prawdziwą politykę, a nie tylko technokratyczne i socjotechniczne gierki, których Polacy naprawdę nie potrzebują. Po drugie, to mogłoby nadać spójność jego wizji. Proponuje on nam Polskę bez konfliktów. Dopóki jednak miłość, do której się odwołuje, będzie miała tylko to prywatne, apolityczne znaczenie, dopóty będzie on mógł co najwyżej udawać, że pewnych konfliktów nie ma, podczas gdy one nie znikną. To dopiero „miłość jako polityczna” pozwoliłaby te konflikty rzeczywiście przezwyciężyć.
Dlatego też lepsze niż odwołanie do uprawiającego pop-teologię polityczną JPII byłoby sięgnięcie wprost do źródła – do św. Pawła. „Miłość bliźniego” w jej oryginalnym pojęciu to najcenniejsza (niewykluczone, że jedyna w ogóle cenna) część spuścizny chrześcijańskiej. Przede wszystkim ze względu na jej radykalny i uniwersalny (a więc właśnie nie prywatny ani sentymentalny charakter). A więc nie tylko „nie ma solidarności bez miłości”, ale – należałoby powiedzieć – „nic nie ma bez miłości”, bo bez miłości jesteśmy (my jako jednostki i my jako społeczeństwo) niczym.
3. Za „Najjaśniejszą Rzeczpospolitą” można Tuska jedynie pochwalić. Doskonale wywikłał się z problemu, jakim byłaby obecnie „numeracja” Rzeczpospolitej. Nie dało się tego lepiej zrobić.
4. „Wszyscy, którzy wyznają nierozdzielność zasady wolności i solidarności, zrozumieli, że ta synteza jest warunkiem niezbędnym, pierwszym i najważniejszym, aby […] skok cywilizacyjny się dokonał.” To jest oczywiście najbardziej problematyczne miejsce tego tekstu (nie będę się rozpisywał o zdaniach, które padły chwilę później, tj. o zaufaniu jako polskiej racji stanu – tu się z Tuskiem nie można nie zgodzić). Po pierwsze, nie jest jasne, jak należy rozumieć „nierozdzielność zasady wolności i solidarności”. Po drugie – biorąc pod uwagę, jak najprawdopodobniej rozumie to Tusk – ta nierozerwalność jest dalece wątpliwa. Po trzecie, nie jest nawet pewne, czy tak rozumianą wolność i tak rozumianą solidarność da się w ogóle pogodzić, a co dopiero nierozerwalnie związać.
Istnieją tu dwie możliwości. Tuskowi może chodzić tylko o wąsko rozumianą, (neo)liberalną wolność jako wolność gospodarczą. To oczywiście dużo bardziej prawdopodobne. W takim wypadku Tusk się myli (albo nas – i siebie samego? – oszukuje). Nie będę tego rozwijał – sprawa jest dosyć jasna. Można sobie poczytać jakiegoś Sierakowskiego, Dunin albo kogo tam bądź. Nie chodzi mi o to, że Tusk wcale nie chce solidarności i sprawiedliwości społecznej – co też mu się zarzuca – ale że chcąc nie chcąc będzie musiał poświęcić ją dla swojej wizji wolności
Jest jednak jeszcze jedna możliwość (której Sierakowski na przykład nie bierze pod uwagę – w komentarzu z sobotniej wyborczej). Taka mianowicie, że Tusk po wielu latach – tak jak się w końcu nawrócił – w końcu zrozumiał, o co chodziło w „Solidarności” i że nie o wolny rynek. W takim wypadku jest szansa, że miał tu na myśli dużo głębsze pojęcie wolności (osobistej i politycznej), która jest czymś dużo więcej niż swoboda gospodarcza. Wtedy nie tylko można wolność godzić z solidarnością, ale też rzeczywiście trzeba.
[cdn.]
Tusk obiecuje nam wyjście poza alternatywę: cyniczny radykalizm – cyniczny konformizm. Obawiam się jednak, że drogą, którą potrafi zaproponować jest jedynie cyniczny technokratyzm, a to niewiele lepiej. Jego exposé daje pewne nadzieje, że będzie inaczej, ale są to nadzieje wątłe. Spróbujmy się temu przyjrzeć.
1. „Polaków nie trzeba zmieniać”. Teza wątpliwa nie tylko dlatego, że wiele można podać argumentów za tym, że Polaków trzeba zmieniać (ledwie chwilę później sam Tusk mówi, że potrzebne nam są takie cnoty jak „zdrowy rozsądek, umiar, powściągliwość, pokora” – jest dalece nieoczywiste, że Polacy mają takie cnoty). Ale również dlatego, że polityk, który nie chce zmieniać społeczeństwa, w gruncie rzeczy rezygnuje z uprawiania polityki. Niezależnie od tego, do jakich celów zmierza, zmiana prawa nie wystarczy, jeżeli nie ma ona na celu, i nie podąża za nią (albo nawet przed nią), zmiana ludzi. Liberalne społeczeństwo, o którym marzy Tusk, nie powstanie tylko dzięki liberalnym prawom. Solidarne społeczeństwo, które również nam obiecuje – tym bardziej.
2. W tym wystąpieniu musiał oczywiście pojawić się cytat z Papieża. Byłby to jedynie powód do czczej złośliwości, gdyby nie to, że jest to akurat cytat wyjątkowo dobrze wybrany – sam Tusk nie zdaje sobie przypuszczalnie sprawy z głębi jego znaczenia. Przypomina nam, że w roku 1980 (o tym również w drugiej części) narodziły się dwa marzenia: o wolności i o solidarności. Nie ma wolności bez solidarności („Solidarności”), cytuje znane hasło. Nie ma solidarności bez miłości, cytuje Wojtyłę. Sylogizm jest prosty: NIE MA WOLNOŚCI BEZ MIŁOŚCI. I ten wniosek powinien Tusk (i my wszyscy wraz z nim) dobrze przemyśleć, bo mam wrażenie, że nie do końca wie (wiemy), jak ważkie są te słowa.
Pojawienie się w tym kontekście pojęcia miłości można interpretować na co najmniej trzy sposoby. Po pierwsze, miłość może tu znaczyć nic więcej niż ciepłą, piękną, pozytywną emocję, za którą wszyscy tęsknimy. W takim wypadku jest to wyraz dość płytkiego sentymentalizmu, próba „lukrowania” polityki – tak zostało to dość powszechnie odebrane, gdy Tusk mówił o miłości tuż po ogłoszeniu wyników wyborów. Po drugie, miłość może oznaczać uczucie głębokie i ważne, ale pozostające w sferze prywatnej – wiążące człowieka z rodziną i najbliższym otoczeniem. W tym przypadku odwołanie do miłości jest niczym innym, jak próbą odpolitycznienia polityki i powiedzenia, że wszystko, co ważne, należy do sfery prywatnej – sądzę, że to właśnie Tusk miał rzeczywiście na myśli.
Po trzecie jednak, miłość mogłaby w tym kontekście mieć dużo istotniejszy wymiar. Można by „pójść za ciosem” i powiedzieć, że skoro nie ma wolności bez miłości, to miłość musi odgrywać znaczącą rolę w polityce właśnie, a nie tylko w życiu prywatnym. Miłość miałaby tu być ujęta jako siła zasadnicza dla relacji społecznych, jako właściwy motor polityki, solidarności, o której tyle Tusk mówi, zmiany.
Z kilku powodów należałoby sobie życzyć, aby Tusk mówił o miłości w tym trzecim sensie. Po pierwsze, dlatego że to pozwoliłoby mu uprawiać prawdziwą politykę, a nie tylko technokratyczne i socjotechniczne gierki, których Polacy naprawdę nie potrzebują. Po drugie, to mogłoby nadać spójność jego wizji. Proponuje on nam Polskę bez konfliktów. Dopóki jednak miłość, do której się odwołuje, będzie miała tylko to prywatne, apolityczne znaczenie, dopóty będzie on mógł co najwyżej udawać, że pewnych konfliktów nie ma, podczas gdy one nie znikną. To dopiero „miłość jako polityczna” pozwoliłaby te konflikty rzeczywiście przezwyciężyć.
Dlatego też lepsze niż odwołanie do uprawiającego pop-teologię polityczną JPII byłoby sięgnięcie wprost do źródła – do św. Pawła. „Miłość bliźniego” w jej oryginalnym pojęciu to najcenniejsza (niewykluczone, że jedyna w ogóle cenna) część spuścizny chrześcijańskiej. Przede wszystkim ze względu na jej radykalny i uniwersalny (a więc właśnie nie prywatny ani sentymentalny charakter). A więc nie tylko „nie ma solidarności bez miłości”, ale – należałoby powiedzieć – „nic nie ma bez miłości”, bo bez miłości jesteśmy (my jako jednostki i my jako społeczeństwo) niczym.
3. Za „Najjaśniejszą Rzeczpospolitą” można Tuska jedynie pochwalić. Doskonale wywikłał się z problemu, jakim byłaby obecnie „numeracja” Rzeczpospolitej. Nie dało się tego lepiej zrobić.
4. „Wszyscy, którzy wyznają nierozdzielność zasady wolności i solidarności, zrozumieli, że ta synteza jest warunkiem niezbędnym, pierwszym i najważniejszym, aby […] skok cywilizacyjny się dokonał.” To jest oczywiście najbardziej problematyczne miejsce tego tekstu (nie będę się rozpisywał o zdaniach, które padły chwilę później, tj. o zaufaniu jako polskiej racji stanu – tu się z Tuskiem nie można nie zgodzić). Po pierwsze, nie jest jasne, jak należy rozumieć „nierozdzielność zasady wolności i solidarności”. Po drugie – biorąc pod uwagę, jak najprawdopodobniej rozumie to Tusk – ta nierozerwalność jest dalece wątpliwa. Po trzecie, nie jest nawet pewne, czy tak rozumianą wolność i tak rozumianą solidarność da się w ogóle pogodzić, a co dopiero nierozerwalnie związać.
Istnieją tu dwie możliwości. Tuskowi może chodzić tylko o wąsko rozumianą, (neo)liberalną wolność jako wolność gospodarczą. To oczywiście dużo bardziej prawdopodobne. W takim wypadku Tusk się myli (albo nas – i siebie samego? – oszukuje). Nie będę tego rozwijał – sprawa jest dosyć jasna. Można sobie poczytać jakiegoś Sierakowskiego, Dunin albo kogo tam bądź. Nie chodzi mi o to, że Tusk wcale nie chce solidarności i sprawiedliwości społecznej – co też mu się zarzuca – ale że chcąc nie chcąc będzie musiał poświęcić ją dla swojej wizji wolności
Jest jednak jeszcze jedna możliwość (której Sierakowski na przykład nie bierze pod uwagę – w komentarzu z sobotniej wyborczej). Taka mianowicie, że Tusk po wielu latach – tak jak się w końcu nawrócił – w końcu zrozumiał, o co chodziło w „Solidarności” i że nie o wolny rynek. W takim wypadku jest szansa, że miał tu na myśli dużo głębsze pojęcie wolności (osobistej i politycznej), która jest czymś dużo więcej niż swoboda gospodarcza. Wtedy nie tylko można wolność godzić z solidarnością, ale też rzeczywiście trzeba.
[cdn.]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz