Mylił się Herbert twierdząc, że to tylko sprawa smaku.
To może wystarczało w Polsce stalinowskiej, może wystarcza dziś, by nie tatuować sobie swastyki na ogolonej głowie.
Ale oprócz totalitaryzmu troglodytów i rzeźników był też niestety - na samym początku - totalitaryzm wielkich.
Jak wyrafinowany gust trzeba mieć, aby oprzeć się monumentalnemu duchowi Orffa i Speera,
rewolucyjnemu zapałowi Majakowskiego, Szostakowicza
i Rodczenki, porywającej do boju dramaturgii
Riefenstahl i Eisensteina?
Jak bardzo trzeba być przywiązanym do humaniorów,
żeby mieć pewność, że nie zostanie się
Adrianem Leverkuehnem?

("Katedra światła" Speera - kadr z filmu Leni Riefenstahl)
7 komentarzy:
Rodczenko obsysa, że się tak niefilozoficznie wyrażę.
Kiedy właśnie to smak pomaga nie dać się porwać monumentalnemu duchowi. Smak wyczulony na urodę koniunktiwu, na bezdenną, przerażającą bezmyślność spojrzeń tych pięknych aryjskich chłopców (czy Ty widziałeś "Upadek"? I na końcu wywiad z sekretarką Hitlera? I jej oczy, kiedy mówi, że oni wprawdzie wiedzieli, że coś tam z tymi Żydami nie tak się dzieje, "doch sechs Milionen? Es ist ganz inakzeptabel!"). Choćbyś miał dwa metry, lśniącą blond grzywę niby wyzłacaną żytem, buty po samym dziadku Tuska i dyskretną swastyczkę wytatuowaną ze smakiem na kostce (au!), to takich oczu mieć nie będziesz. Orff uwiedzie Cię dwa lub dwadzieścia razy, ale za trzecim (trzydziestym) usłyszysz, że to tandeta.
Majakowski to akurat taki, któremu na jego nieszczęście pisane było przejrzeć. Szostakowicz to w ogóle, w ogóle inna bajka. U niego i koniunktiw, i tragizm, i głęboka, głęboka ironia. Właśnie smak sprawia, że każdy, choćby trochę przywiązany do humaniorów inteligentny Aryjczyk prędzej czy później przegląda na oczy. I nie sądzę, żeby w wypadku któregokolwiek z wymienionych przez Ciebie niebezpieczeństw byłoby to tak znowu wiele później...
Zupełnie inaczej sprawa ma się z Leverkuehnem. Tu rzeczywiście żadne przywiązanie do niczego w ogóle nie pomoże, bo pokusa jest zbyt potężna i właśnie smak każe jej ulec. Ale jest to dla mnie tak odmienny przypadek, że wręcz nie widzę analogii.
Indywidualne losy Szostakowicza są dość nieistotne. Natomiast isotny jest los Leverkuehna, bo mógłby spotkać każdego z nas, skoro spotkał wielomilionowy naród. Tu nie ma analogii, to jest wprost.
A że prędzej czy później każdy przejrzy na oczy... Ale ile osób wcześniej zabije?
Co z tego, że Majakowski przejrzał na oczy? Czy jego czytelnicy też?
Ile smaku trzeba mieć, żeby nie dać się uwieść nazizmowi, skoro nie oparł mu się wielki miłośnik Hoelderlina i Rilkego?
Jak wiele trzeba myśleć, aby dostrzec bezmyślność w oczach Schmitta albo Krońskiego (naprawdę dobrego filozofa przed powrotem do Polski)?
Problem w tym, że - wbrew Herbertowi - totalitaryzmy potrafiły być też estetycznie pociągające.
Problem w tym, że - wbrew Herbertowi - sztuka nas nie ocali. Bo to nie jest sprawa smaku. Jeśli już, to temperamentu - a tego nie da się wyuczyć.
Nie odwoływałam się nigdzie do indywidualnych losów Szostakowicza, tylko do jego muzyki. To wszystko słychać. I jest istotne. Z Leverkuehnem to w ogóle się z Tobą nie zgadzam. Jego losy nie spotkały wielomilionowego narodu. Mannowi tak się złożyło, że akurat kończył tę książkę, kiedy alianci bombardowali mu Lubekę i to w relacji Zeitbloma żyje i ma być paralelą. Ale Leverkuehn to jest przede wszystkim motyw faustowski i to nie są żadne fascynacje z gatunku "triumf woli" tylko coś o wiele poważniejszego i doskonale wiemy, o co tu chodzi. Musisz przyznać, że jest różnica między zauroczeniem pięknem i patosem a pożerającym pragnieniem geniuszu, że się tak patetycznie, pun not intended, wyrażę.
A ile osób wcześniej zabije to jest dobre pytanie. Tylko że tu jest właśnie ten kluczowy test. Zabijanie niewinnych ludzi jakoś się z dobrym smakiem jednak kłóci.
Ze Schmittem sytuacja nie jest tak jednoznaczna, a poza tym w jego wypadku nie była to z pewnością czysta fascynacja pompą, tylko poważny błąd o charakterze albo moralnym albo intelektualnym. W każdym wypadku można argumentować, że to właśnie smaku, jeżeli trzymać się uparcie Herberta, albo ogólniej rzecz biorąć wrażliwości, czy jeszcze lepiej: przenikliwości mu zabrakło.
Żaden totalitaryzm nie jest tak serio estetycznie pociągający - to nie może być przypadek, że sztuka totalitarna zawsze zmierza w kierunku totalnego kiczu. Ewentualne uroki są naprawdę płytkie i krótkotrwałe, a korzenie uwodzicielskiej mocy totalitaryzmów tkwią jednak głębiej niż w ich estetyzujących postulatach.
A co do temperamentu, niewątpliwie.
Skąd ta pewność, że zabijanie ludzi kłóci się z dobrym smakiem?? Ileż to historii o faszystach-koneserach sztuki, z Rudolfem Hoessem na czele...
Mann był zbyt dobrym pisarzem, żeby coś mu się składało... Poza wątkiem faustycznym, Leverkuehn to jednak figura faszyzmu, który dla narodu niemieckiego był tym, czym pragnienie geniuszu dla Fausta.
Ewentualne uroki poezji Majakowskiego, rzeźb Rodczenki czy filmów Riefenstahl nie wydają mi się ani płytkie ani krótkotrwałe...
A ilu ludzi zabiły?
Wysoko się swoją drogą cenisz, jeżeli umysłowi takiemu, jak Schmitt, zarzucasz brak przenikliwości;)
To że ktoś jest koneserm sztuki, nie znaczy, że ma w Herbertowskim sensie dobry smak. U Herberta sprawa rozbija się o subtelność i klasyczną harmonię. Krew jest jednak wybitnie nieharmonijnym i niesubtelnym elementem (skąd to przeczucie, że zaraz poczytam sobie w replice o Senece...).
Mann był pisarzem znakomitym, prywatnie jednym z najważniejszych w moim życiu, ale akurat wojna to mu się nieszczęśliwie złożyła. A nawet nie do końca nieszczęśliwie, bo on po prostu urodził się, by odegrać tę rolę, którą odegrał. To czym dla niemieckiego ludu był faszyzm nie ma NIC wspólnego z tym, czym dla Adriana był Szatan oferujący mu geniusz. Oczywiście na jakimś tam poziomie analogia jest, a zwłaszcza pięknie Mannowi wyszedł równolegle poprowadzony obraz zniszczenia, choroby Leverkuehna i klęski NIemiec. Ale to są zupełnie inne drive'y.
No i ile razy z rzędu można obejrzeć Triumf woli? Bo szczerze mówiąc, to wydaje mi się, że on nuży już pod koniec pierwszego razu - właśnie dlatego, że brak mu subtelności i wrażliwości, że jest tak kompletnie nieludzko doskonały.
No i wypraszam sobie argumenty...hm... zawsze mi się pieprzy, czy to jest ad personam czy ad hominem, ale w każdym bądź razie wyzłośliwianie się, że ja tu się niegodna wywyższam. To, że stwierdzam, że ktoś popełnił błąd, nie znaczy, że stawiam się wyżej. Z perspektywy, to my to wszystko na trzeźwo widzimy.
Pytając, ilu ludzi zabiły filmy Riefenstahl sam popadasz w karygodną pompatyczność. Szczerze mówiąc, myślę, że absolutnie nikogo. Wierzę, szczerze, głęboko i z lękiem wierzę w morderczą moc idei (A first thing a principle does is kill someone, jak mawiał lord Peter Death Bredon Wimsey). Ale sztuka to jednak bardziej icing on the cake.
http://www.archive.org/details/1942-01-07_Gen_Adolph_Takes_Over
Prześlij komentarz