środa, 28 listopada 2007

Sztuka wojny

"Życie jest klęską" (Kołakowski)

Historię piszą zwycięzcy, wiadomo wszystkim. A jednak "zdanie to czytać można w obie strony" - prawdziwymi zwycięzcami są ci, którzy piszą historię: wbrew "faktom" to Ateny - dla nas, a więc w sobie (nawet jeśli nie dla siebie) - wygrały wojnę, bo to Tukidydes, syn Olorosa, ją napisał.

Jedyne więc, co możemy zrobić, aby uniknąć klęski, to nie pozwolić, aby inni pisali za nas historię naszego życia.

Bezustanny wysiłek pisania (które jest tożsame z czytaniem). To albo kapitulacja.

poniedziałek, 26 listopada 2007

Wolność, miłość, solidarność, cz. I

Jako że z wszystkich komentujących expose Tuska mam chyba największe opóźnienie (a dzisiaj w dodatku dopiero pierwsza część), będzie zdawkowo i niezbyt składnie.

Tusk obiecuje nam wyjście poza alternatywę: cyniczny radykalizm – cyniczny konformizm. Obawiam się jednak, że drogą, którą potrafi zaproponować jest jedynie cyniczny technokratyzm, a to niewiele lepiej. Jego exposé daje pewne nadzieje, że będzie inaczej, ale są to nadzieje wątłe. Spróbujmy się temu przyjrzeć.

1. „Polaków nie trzeba zmieniać”. Teza wątpliwa nie tylko dlatego, że wiele można podać argumentów za tym, że Polaków trzeba zmieniać (ledwie chwilę później sam Tusk mówi, że potrzebne nam są takie cnoty jak „zdrowy rozsądek, umiar, powściągliwość, pokora” – jest dalece nieoczywiste, że Polacy mają takie cnoty). Ale również dlatego, że polityk, który nie chce zmieniać społeczeństwa, w gruncie rzeczy rezygnuje z uprawiania polityki. Niezależnie od tego, do jakich celów zmierza, zmiana prawa nie wystarczy, jeżeli nie ma ona na celu, i nie podąża za nią (albo nawet przed nią), zmiana ludzi. Liberalne społeczeństwo, o którym marzy Tusk, nie powstanie tylko dzięki liberalnym prawom. Solidarne społeczeństwo, które również nam obiecuje – tym bardziej.

2. W tym wystąpieniu musiał oczywiście pojawić się cytat z Papieża. Byłby to jedynie powód do czczej złośliwości, gdyby nie to, że jest to akurat cytat wyjątkowo dobrze wybrany – sam Tusk nie zdaje sobie przypuszczalnie sprawy z głębi jego znaczenia. Przypomina nam, że w roku 1980 (o tym również w drugiej części) narodziły się dwa marzenia: o wolności i o solidarności. Nie ma wolności bez solidarności („Solidarności”), cytuje znane hasło. Nie ma solidarności bez miłości, cytuje Wojtyłę. Sylogizm jest prosty: NIE MA WOLNOŚCI BEZ MIŁOŚCI. I ten wniosek powinien Tusk (i my wszyscy wraz z nim) dobrze przemyśleć, bo mam wrażenie, że nie do końca wie (wiemy), jak ważkie są te słowa.
Pojawienie się w tym kontekście pojęcia miłości można interpretować na co najmniej trzy sposoby. Po pierwsze, miłość może tu znaczyć nic więcej niż ciepłą, piękną, pozytywną emocję, za którą wszyscy tęsknimy. W takim wypadku jest to wyraz dość płytkiego sentymentalizmu, próba „lukrowania” polityki – tak zostało to dość powszechnie odebrane, gdy Tusk mówił o miłości tuż po ogłoszeniu wyników wyborów. Po drugie, miłość może oznaczać uczucie głębokie i ważne, ale pozostające w sferze prywatnej – wiążące człowieka z rodziną i najbliższym otoczeniem. W tym przypadku odwołanie do miłości jest niczym innym, jak próbą odpolitycznienia polityki i powiedzenia, że wszystko, co ważne, należy do sfery prywatnej – sądzę, że to właśnie Tusk miał rzeczywiście na myśli.
Po trzecie jednak, miłość mogłaby w tym kontekście mieć dużo istotniejszy wymiar. Można by „pójść za ciosem” i powiedzieć, że skoro nie ma wolności bez miłości, to miłość musi odgrywać znaczącą rolę w polityce właśnie, a nie tylko w życiu prywatnym. Miłość miałaby tu być ujęta jako siła zasadnicza dla relacji społecznych, jako właściwy motor polityki, solidarności, o której tyle Tusk mówi, zmiany.
Z kilku powodów należałoby sobie życzyć, aby Tusk mówił o miłości w tym trzecim sensie. Po pierwsze, dlatego że to pozwoliłoby mu uprawiać prawdziwą politykę, a nie tylko technokratyczne i socjotechniczne gierki, których Polacy naprawdę nie potrzebują. Po drugie, to mogłoby nadać spójność jego wizji. Proponuje on nam Polskę bez konfliktów. Dopóki jednak miłość, do której się odwołuje, będzie miała tylko to prywatne, apolityczne znaczenie, dopóty będzie on mógł co najwyżej udawać, że pewnych konfliktów nie ma, podczas gdy one nie znikną. To dopiero „miłość jako polityczna” pozwoliłaby te konflikty rzeczywiście przezwyciężyć.
Dlatego też lepsze niż odwołanie do uprawiającego pop-teologię polityczną JPII byłoby sięgnięcie wprost do źródła – do św. Pawła. „Miłość bliźniego” w jej oryginalnym pojęciu to najcenniejsza (niewykluczone, że jedyna w ogóle cenna) część spuścizny chrześcijańskiej. Przede wszystkim ze względu na jej radykalny i uniwersalny (a więc właśnie nie prywatny ani sentymentalny charakter). A więc nie tylko „nie ma solidarności bez miłości”, ale – należałoby powiedzieć – „nic nie ma bez miłości”, bo bez miłości jesteśmy (my jako jednostki i my jako społeczeństwo) niczym.

3. Za „Najjaśniejszą Rzeczpospolitą” można Tuska jedynie pochwalić. Doskonale wywikłał się z problemu, jakim byłaby obecnie „numeracja” Rzeczpospolitej. Nie dało się tego lepiej zrobić.

4. „Wszyscy, którzy wyznają nierozdzielność zasady wolności i solidarności, zrozumieli, że ta synteza jest warunkiem niezbędnym, pierwszym i najważniejszym, aby […] skok cywilizacyjny się dokonał.” To jest oczywiście najbardziej problematyczne miejsce tego tekstu (nie będę się rozpisywał o zdaniach, które padły chwilę później, tj. o zaufaniu jako polskiej racji stanu – tu się z Tuskiem nie można nie zgodzić). Po pierwsze, nie jest jasne, jak należy rozumieć „nierozdzielność zasady wolności i solidarności”. Po drugie – biorąc pod uwagę, jak najprawdopodobniej rozumie to Tusk – ta nierozerwalność jest dalece wątpliwa. Po trzecie, nie jest nawet pewne, czy tak rozumianą wolność i tak rozumianą solidarność da się w ogóle pogodzić, a co dopiero nierozerwalnie związać.
Istnieją tu dwie możliwości. Tuskowi może chodzić tylko o wąsko rozumianą, (neo)liberalną wolność jako wolność gospodarczą. To oczywiście dużo bardziej prawdopodobne. W takim wypadku Tusk się myli (albo nas – i siebie samego? – oszukuje). Nie będę tego rozwijał – sprawa jest dosyć jasna. Można sobie poczytać jakiegoś Sierakowskiego, Dunin albo kogo tam bądź. Nie chodzi mi o to, że Tusk wcale nie chce solidarności i sprawiedliwości społecznej – co też mu się zarzuca – ale że chcąc nie chcąc będzie musiał poświęcić ją dla swojej wizji wolności
Jest jednak jeszcze jedna możliwość (której Sierakowski na przykład nie bierze pod uwagę – w komentarzu z sobotniej wyborczej). Taka mianowicie, że Tusk po wielu latach – tak jak się w końcu nawrócił – w końcu zrozumiał, o co chodziło w „Solidarności” i że nie o wolny rynek. W takim wypadku jest szansa, że miał tu na myśli dużo głębsze pojęcie wolności (osobistej i politycznej), która jest czymś dużo więcej niż swoboda gospodarcza. Wtedy nie tylko można wolność godzić z solidarnością, ale też rzeczywiście trzeba.

[cdn.]

środa, 21 listopada 2007

Nepos też miewa lepsze momenty

In hoc [scil. Alcibiade Cliniae] natura quid efficere possit videtur experta. Constat enim [...] nihil illo fuisse excellentius vel in vitiis vel in virtutibus. Natus in amplissima civitate summo genere, omnium aetatis suae multo formosissimus, dives; ad omnes res aptus consiliique plenus [...]; cum tempus posceret, laboriosus, patiens; liberalis, splendidus non minus in vita quam victu; affabilis, blandus, temporibus callidissime serviens: idem, simulac se remiserat neque causa suberat quare animi laborem perferret, luxuriosus, dissolutus, libidinousus, intemperans reperiebatur, ut omnes admirarentur in uno homine tantam esse dissimilitudinem tamque diversam naturam.



[Przepraszam, nie jestem w stanie tego teraz przetłumaczyć na tyle dobrze, aby widać było, dlaczego ten fragment wyróżnia się na tle Neposowych wypocin. Oprócz świetnej prozodii - bo o to przede wszystkim chodzi - ciekawy tu jest sam koncept, że natura postanowiła na Alcybiadesie wypróbować, jak wiele może uczynić, obdarzyła go więc nieporównywalnymi cnotami, ale i wadami.]

poniedziałek, 19 listopada 2007

Teaser

"Ale czy nie jest to prawdziwa udręka, że od narodzin chrześcijaństwa, tej deklaracji wiedzy, człowiek igra ze sobą, dowodzi sobie oczywistości, nadyma się od rozkoszy powtarzania swoich dowodów, i tak właśnie żyje? Wymyślna i niedorzeczna męka; źródło moich duchowych zbłąkań. Natura może być znudzona, kto wie! Pan Prudhomme urodził się jednocześnie z Chrystusem.
Czy nie jest tak dlatego, że kultywujemy mgłę? Z naszymi wodnistymi jarzynami zjadamy gorączkę. A pijaństwo! tytoń! ignorancja! poświęcenia! – Czy wszystko to nie odbiega dość daleko od myśli i mądrości Wschodu, pierwotnej ojczyzny? Po cóż nowoczesny świat, skoro wymyśla się takie jady!
Ludzie Kościoła powiedzą: Zgoda. Ale na uwadze masz Eden. Nic ci po historii wschodnich narodów. – To prawda: na myśli miałem Eden. Cóż to za marzenie, ta udzielna czystość starożytnych ras?
Filozofowie: Świat nie ma wieku. Ludzkość przenosi się po prostu z miejsca na miejsce. Jesteś na Zachodzie, ale wolno ci przecież zamieszkać na swoim Wschodzie, tak dawnym, jak ci się tylko podoba – i to zamieszkać wcale dobrze. Nie czuj się pokonany. Filozofowie, należycie do waszego Zachodu.
Strzeż się, mój duchu. Żadnych gwałtownych zamysłów zbawienia. Wprawiaj się! – Ach, nauka jest dla nas nie dość szybka!
- Ale spostrzegam, że mój duch drzemie.
Gdyby od tej chwili ciągle był rozbudzony, doszlibyśmy niebawem do prawdy, której płaczące anioły otaczają nas być może!... – Gdyby rozbudzony był aż do tej chwili, znaczyłoby to, że nie uległem zgubnym instynktom w niepamiętnych czasach!... – Gdyby rozbudzony był zawsze, pełna mądrość wiodłaby mnie w żegludze!...
O, czystości! Czystości!
Ta minuta przebudzenia przyniosła mi wizję czystości! – Poprzez ducha zdążamy ku Bogu!
Rozdzierająca niedolo!" (Rimbaud, Sezon w piekle)

cdn.

wtorek, 13 listopada 2007

Dusza

Uczcić urodziny kolegi podkradzionym spirytusem rozcieńczonym wodą z kranu i tanimi fajkami w odrapanej kuchni - kto tego nie doświadczył,
nie zrozumie słowiańskiej duszy

poniedziałek, 12 listopada 2007

Rozrywka polityczna

Strajk której grupy zawodowej sparaliżował dziś Amerykę? Kolejarzy? Nafciarzy? Lekarzy? Nauczycieli? Nie, scenarzystów seriali i programów telewizyjnych. Uznali oni, że dość już mają sytuacji, w której ich dzieła oglądane są przez miliony widzów w Internecie i na wypożyczonych płytach DVD, podczas gdy oni nie mają z tego ani centa (dostają jedynie tantiemy z emisji telewizyjnych i sprzedaży DVD, zresztą śmiesznie małe). Parę dni temu rozpoczęli ogólnonarodowy strajk i wyszli na ulice Los Angeles i Nowego Jorku. Wspierają ich znani aktorzy na czele z Evą Longorią i Jayem Leno. Producenci jednak nie chcą ustąpić, zasłaniając się argumentem, że koszty produkcji telewizyjnych musiałyby radykalnie wzrosnąć, gdyby przychylili się do żądań scenarzystów. W efekcie w tym tygodniu Amerykanie nie mogą obejrzeć najnowszych odcinków swoich ulubionych seriali i talk-shows. O wadze sprawy świadczyć może choćby to, że zaangażowali się w nią również najważniejsi kandydaci w najbliższych wyborach prezydenckich. Wątpliwości nie zostawiają też nagłówki gazet z najbardziej dramatycznym „Apocalypse Now!” („Variety”). Oburzeni widzowie domagają się natychmiastowego przerwania strajków. Nieoczekiwane wsparcie scenarzyści dostali jednak ze strony religijnej prawicy, szczęśliwej każdym nieszczęściem Hollywood.

Cała historia wydaje się dość kuriozalna, skala emocji jakie wywołała nie pozwala jej jednak zlekceważyć. Warto też zastanowić się nad jednym: czy strajk jakiejkolwiek innej grupy zawodowej w USA mógłby doprowadzić do takiego zamieszania, na gorąco komentowanego przez wszystkie media? Wątpliwe.

Jestem pewien, że to wydarzenie przejdzie do historii. W sposób niezwykle widowiskowy i przekonujący obrazuje ono to, co skądinąd wiemy już z uczonych opracowań: najistotniejszą potrzebą mieszkańców bogatych społeczeństw Zachodu jest dziś rozrywka. Jest to nie tylko potrzeba fundamentalna, ale i uważana za fundamentalną: obywatele są świadomi swego bezwarunkowego prawa do rozrywki, równie niepodważalnego jak prawo do zaspokojenia głodu czy do osobistej wolności. A może nawet bardziej: przeciętny Amerykanin zapewne uznałby, że zachowanie życia i wolności oraz zdobycie pożywienia to sprawy, za które sam jest odpowiedzialny i sam musi je sobie zdobyć. Rozrywka natomiast ma mu być dostarczona.

Rozrywka jest więc nie tylko podstawową potrzebą w planie egzystencjalnym, ale też w wymiarze społecznym. Innymi słowy: strajk scenarzystów jest empirycznym dowodem tego, że rozrywka stała się w ostatnich dekadach sprawą par excellence polityczną.

Wytrawny znawca tej kategorii problemów, Marcin Król komentuje („Dziennik”, 10-11.11.2007): „[…] człowiek ma już prawo do serialu, tak jak scenarzysta ma prawo do strajku. Jest to jawny konflikt społeczny podobny do konfliktów, jakie powodują [w Polsce – L.H.] strajki lekarzy. […] zorganizowana i masowa rozrywka stała się niezbędnym elementem cywilizacji demokratycznej”. I dalej: „Co więcej, [strajk scenarzystów] to tylko początki, bo […] zapotrzebowanie na rozrywkę będzie tylko rosło. […] Czyżbyśmy więc byli na progu nowej apokalipsy? Nie sądzę. To tylko rozrywka i dobrze, że ludzie mają ją zapewnioną. Jednak właśnie dlatego zaczną się liczyć strajki scenarzystów, aktorów […] lub reżyserów […]. Ta grupa zawodowa, podobnie jak inne związane z najważniejszym obok rozwoju gospodarki zadaniem współczesnej cywilizacji, czyli rozwojem rozrywki, stała się już i będzie w coraz większym stopniu grupą znajdującą się w awangardzie ‘międzynarodowego proletariatu’.” Kończy jednak: „To tylko zmiana potrzeb i wobec tego zmiana hierarchii ról społecznych.”

W dwóch punktach nie do końca się z prof. Królem zgodzę. Jedna kwestia ma charakter w zasadzie czysto retoryczny: w oczywisty sposób nie jest prawdą, że grupa zawodowa „dostarczycieli rozrywki” może kandydować na stanowisko nowego „międzynarodowego proletariatu” – z tej prostej przyczyny, że przeciętny scenarzysta telewizyjnego serialu jest (nieznacznie, ale jednak) bogatszy od przeciętnego widza.

Druga kwestia jest istotniejsza, a również w pewien sposób wiąże się z pojęciem „proletariatu”. Strajk scenarzystów pokazuje bowiem, że jeżeli ktokolwiek chciałby dziś przeprowadzić ekonomiczno-polityczną analizę tego rodzaju, jakiej dokonał Marks używając m.in. pojęcia „proletariatu” właśnie, uwzględnić musi rozrywkę jako czynnik równie ważny, a przypuszczalnie ważniejszy niż praca. Oczywiście, „stosunki rozrywki” rządzić się muszą inną logiką niż „stosunki pracy”, co oznacza, że marksizm musiałby zostać dzisiaj przebudowany nie do poznania. Samo w sobie nie byłoby to szczególnie ważne, tak jak nie jest dziś szczególnie ważny taki prawdziwy Marksowy marksizm. Zaryzykuję jednak tezę, że dotyczyć to musi każdej ekonomii politycznej i, co za tym idzie, przypuszczalnie każdej filozofii politycznej.

Awans rozrywki do statusu problemu politycznego nie jest tylko „zmianą potrzeb” – to właśnie drugi punkt, w którym nie zgadzam się z Królem. Rozrywka jest bowiem potrzebą nie tylko różną od tych, które przez wieki zwykliśmy uważać za podstawowe – jest potrzebą zupełnie innego rodzaju. Dotychczas za fundamentalne uważano głównie potrzeby biologiczne: zdobycie pokarmu, bezpieczeństwo itd., od pewnego czasu w jakimś sensie również najbardziej podstawowe potrzeby społeczne (stąd można np. mówić o prawie do godności). Rozrywka nie zalicza się jednak ani do jednej ani do drugiej grupy. Zaliczenie jej do potrzeb fundamentalnych, które dokonuje się na naszych oczach, oznacza więc radykalną transformację całej struktury potrzeb ludzkich. Struktura ta jest zaś jednym z najważniejszych warunków brzegowych polityki i jedną z głównych determinant wszelkich organizacji społecznych, z państwem na czele. Jej przemiana musi więc spowodować także przemianę tego wszystkiego, co od niej w taki bądź inny sposób zależne. Jeżeli mam rację, to za kilka dekad, gdy zmiana ta dokona się w pełni, w społeczeństwach zachodnich dokona się zasadnicza transformacja polityki i stosunków społecznych, której kierunek trudno na razie przewidzieć.

W skrajnym przypadku cała nasza kumulowana od dwóch i pół tysiąca lat wiedza na temat społeczeństwa może okazać się zupełnie bezwartościowa. Będziemy wtedy musieli napisać nowe „Państwo”, „Politykę”, „Księcia” i „Lewiatana”, „Bogactwo narodów”, „Kapitał” i „Gospodarkę i społeczeństwo”.

(A na koniec pięć minut dla literatury: a może okaże się, że wystarczy napisać identycznie te same dzieła jeszcze raz, jak Pierre Menard napisał Don Kichota?)

niedziela, 11 listopada 2007

Georgowi Cantorowi

Za każdym razem, gdy się z nim stykam, przekonuję się coraz bardziej, że rozumowanie przekątniowe to jedno z najpiękniejszych dzieł człowieka.

środa, 7 listopada 2007

Dziś

Jednym ku radości, drugim ku trwodze: dziś minęła dziewięćdziesiąta rocznica Rewolucji Październikowej.

Zależy mi na tym, żeby myśleć o niej jako o tragedii, w klasycznym sensie tego słowa. Wymaga to więc dostrzeżenia specyficznej dla tragedii dialektyki.

Co przemawia przeciw Rewolucji, jest jasne i nikomu, mam nadzieję, nie trzeba przypominać. Istotne jest jednak to, aby dostrzec racje za nią, jeżeli ma to być rzeczywiście tragedia, a nie katastrofa. Wierzę, że takie racje istnieją.

Po pierwsze, Rewolucja Październikowa była efektem jednego z najśmielszych (obok może jedynie idei Stanów Zjednoczonych) projektów politycznych w dziejach ducha ludzkiego. Miała być spełnieniem marzenia o wolności, równości i pomyślności – marzenia, na którym, nie zapominajmy, ufundowana jest 'polityczność' nowożytnej Europy. Marksizm był jednym z najwybitniejszych wytworów zachodniej myśli. Nie dlatego, że był słuszny – w to nie wnikam – ale dlatego, że był próbą sięgnięcia do samego horyzontu polityczno-ekonomicznego świata. Był to projekt maksymalny w każdym sensie. Był więc apogeum europejskiej myśli politycznej, tak jak heglizm był apogeum zachodniej filozofii – nie dlatego, ze Hegel miał rację, ale dlatego, że to, co dotąd było horyzontem myśli uczynił jej przedmiotem.

Po drugie, Rewolucja Październikowa była jednym z najambitniejszych czynów politycznych w historii. Nikt wcześniej nie porwał się na coś tak szalonego, jak zaprowadzenie demokracji bezpośredniej (tak! taka idea przyświecała Leninowi) i gospodarki nie opartej na prywatnej własności w Rosji początku dwudziestego wieku. Niezależnie od jej oceny, Rewolucja była dziełem wielkim.

Jeżeli zgodzimy się na takie ujęcie ‘problemu Rewolucji Październikowej’, łatwo już dostrzec jej ‘tragiczność’. Tragedią nie jest śmierć dziesiątek milionów ludzi (w tym konkretnym sensie, o który mi chodzi, Holokaust nie był tragedią). Jest nią to, że śmierć ta była efektem najbardziej heroicznego z porywów ludzkości.

Chciałbym, żeby było widoczne, jak w Rewolucji Październikowej splata się całość naszej historii, tak jak w filozofię Hegla uwikłane są całe dzieje filozofii (nie tylko tej przed nim, ale i tej po nim).

To, co łączy Hegla i Lenina, to pragnienie wszystkiego. Jest więc tu jeszcze jedno znamię tragedii: hybris. Ofiary Rewolucji to kara, jaką bogowie wyznaczyli za pychę ludzkości, za wiarę, że możemy zmienić świat aż do samych jego fundamentów.


Na tym jednak nie koniec. Pojęcie tragedii, myślenie tą kategorią, jest (o czym jestem głęboko przekonany, ale wykazać to spróbuję innym razem) nierozerwalnie związane z pojęciem historii i myśleniem historycznym. Nie jest przypadkiem, że Herodot był rówieśnikiem (i nota bene przyjacielem) Sofoklesa.

Jeżeli zaś Rewolucja Październikowa nie tylko jest tragedią, ale jest tragedią maksymalną i ostateczną, to jest też tragedią ostatnią. By znów posłużyć się tym porównaniem: heglizm jest ostateczną i maksymalną filozofią i jest też 'ostatnią filozofią', tj. po Heglu niemożliwa jest już filozofia (przynajmniej w pewnym – istotnym – sensie). Jeżeli analogia jest słuszna, po Rewolucji niemożliwa jest już tragedia. Co za tym idzie, po Rewolucji Październikowej niemożliwa jest już historia.

To 1 września 1918 roku, proszę państwa, skończyła się w Europie historia, gdy oficjalnie ogłoszono „czerwony terror”. Et consummatum est.

Jeżeli ta argumentacja wyda się komuś wątpliwa, warto przemyśleć jeszcze jedno: historia po Rewolucji nie jest możliwa, bo niemożliwy jest już jakikolwiek choć w połowie tak śmiały projekt polityczny. Historia skończyła się w 1918 roku, bo od tamtego czasu nie mamy już wizji. A bez wizji nie ma dziejów – jest tylko następstwo faktów.


wtorek, 6 listopada 2007

Jutro

Jutro rocznica rewolucji - powiedział metodycznie gryząc jabłko.

poniedziałek, 5 listopada 2007

Dzień po

Najważniejszy po 1989 roku pierwszy dzień nowego sejmu wygląda trochę jak pierwszy stycznia. Owszem, bardzo byśmy się cieszyli, że zaczął się nowy rok, a z nim nowe życie i nowy świat, gdybyśmy tylko nie mieli takiego strasznego kaca... Jasne, nie żałujemy wczorajszy imprezy, ale może to jednak nie był taki dobry pomysł... żeby rozpisywać te wybory... albo żeby je wygrywać... No, dzisiaj trzeba odespać, a jutro się jakoś za to weźmiemy. A skoro nie dają nam się zdrzemnąć, to robimy się trochę nerwowi.

Tylko Jarosław Kaczyńscki jest przerażająco trzeźwy. PiS się rozpada? To będzie dla niego największa próba. Wygrać wybory, być premierem, przegrać wybory - to żadna sztuka. Ale powstrzymać rozpad dużej prawicowej partii... Jeżeli to mu się uda, to rzeczywiście zasłuży na tytuł historycznego przywódcy polskiej prawicy... Nie wspominając o tym, że może wygra następne wybory...

Ale on już chyba sam w to nie wierzy. Człowiek pewny siebie nie musi się posuwać do tak niskich i małych złośliwości, jak uparte siedzenie, gdy cała prawa część sali (absolutnie cała, nawet siedzący obok Gilowska i Dorn) wstaje, aby oklaskami przywitać w Sejmie Wałęsę...

To dopiero teraz kariera Kaczyńskiego może się zrobić naprawdę ciekawa.

niedziela, 4 listopada 2007

L jak Leopold

Luksus, Lew, Lewiatan, Lustro, Lemiesz, Lukratywny, Lukier, Luz, Lampa, Lambda, Lans, Lolita, Lanca, Lamborghini, Lodołamacz, Lazur, Lowelas, Lokalny, Lombard, Latryna, Luk, Lobotomia, Lewy, Ląd, Lekcja, Lewitacja, Limo, Lupa, Laska, Lapis lazuli, Litr, Legion, Latawiec, Lejek, Libertariański, Leśny, Lewatywa, Lampart, Less, Laba, Laboratoryjny, Leciwy, Lada, Log, Lewa, Latarnik, Lanie, Lansjer, Larwa, Luter, Luminarz, Ludowy, Logarytm, Litografia, Lira, Lisek, Linijka, Lichy, Lincz, Libretto, Liceum, Leń, Leninizm, Lęk, Legenda, Lot, Lawenda, Lebioda, Lasso, Lędźwie, Loża, Luka, Lunatyk, Liryk, Litera, List, Liczba, Limuzyna, Leopard, Lato, Leżak, Lecznica, Lekkoatletyczny, Legalny, Lampas, Lament, Laluś, Lalka, Labirynt, Lotos, Luty, Lufcik, Luby, Lekki, Lutnik, Lunch. Leży, Lży, Lgnie. Liczy.

Nic dodać, nic ująć.

How a pan pleases a man

Jak zrobić wspaniałą kolację, mając do dyspozycji niezbyt dobry chleb tostowy, drugorzędną oliwę z oliwek i smutną resztkę kaparów, kiedy między tobą a spożywczym jest ulewa? Usmażyć! I dodać czosnek.

A do towarzystwa przy kolacji Marcel Duchamp w telewizji (1964):
"Fortunately, people today - especially laymen or the public - want something that pleases them. And that's taste. There are three forms of it: bad, good, and indifferent taste. So... I'm on the indifferent taste boat."

sobota, 3 listopada 2007

Z "Pożyteczności i szkodliwości historii dla życia"

Z punktu 8.:
"...źródło wykształcenia historycznego [...] musi się znów poznać historycznie, historię musi się rozwiązać jako problemat historii samej, wiedza musi przeciw sobie samej zwrócić swój kolec..."

"[Hegel] wszczepił w ukwaszone przezeń pokolenia ów podziw dla 'potęgi historii', który praktycznie co chwila zmienia się w nagi podziw dla powodzenia i prowadzi do bałwochwalstwa faktyczności: dla którego to bałwochwalstwa przyswojono sobie teraz powszechnie bardzo mitologiczny i poza tym bardzo dobry niemiecki zwrot 'liczyć się z faktami' [den Thatsachen Rechnung tragen]. Kto jednak dopiero nauczył się przed potęgą historii zginać grzbiet i chylić głowę, ten w końcu w sposób chińsko-mechaniczny przytakuje głową każdej potędze, czy nią jest rząd czy opinia publiczna, czy większość liczebna, i porusza swe członki ściśle w takt, w jaki jakaś 'potęga' pociąga za sznurek."

"Wszystko brać obiektywnie, o nic się nie gniewać, niczego nie kochać, wszystko pojmować, jakże to czyni łagodnym i potulnym..."

"Co za przestarzałe myśli mam na sercu przeciw takiemu kompleksowi mitologii i cnoty!"

"Więc jesteście adwokatami diabła, a to dlatego, że bożyszczem swym czynicie powodzenie, fakt: podczas gdy fakt jest zawsze głupi i wszech czasów podobny był bardziej do cielęcia niż do boga."

"Wszędzie jest [człowiek] cnotliwy przez to, że zwraca się przeciwko owej ślepej mocy faktów, powstaje przeciw tyranii rzeczywistości i poddaje się prawom, które nie są prawami owych fluktuacji historycznych."


Zatem: należy zwrócić się przeciw faktom. Ale nie z gołymi pięściami, wykorzystać do tego należy tę, która fakty faktami czyni: historię. Ona nam pokaże również, w jaki sposób je faktami czyni i dlaczego tak się dzieje. A więc zwrócić się przeciwko faktowi, jakim jest historia, przy użyciu historii samej. Odnaleźć historyczne prawa samej historii, aby je pokonać - tylko tak pokonać można same 'historyczne fakty'.
Zażądać od historii, aby sama się ufundowała i pokazać, że to niemożliwe.

Historia = nauka, która czyni fakty.

Co dziś zajmuje miejsce historii i historyzmu? Liberalizm (tj. neoliberalizm+multikulturalizm)?
Co dziś czyni fakty faktami? Jakimi prawami się posługuje, a jakim podlega? Czy są one tożsame? Jeżeli tak, sprawa jest prosta: dzisiejsza "historia" usiłuje się sama ufundować. Wystarczy pokazać, że to niemożliwe. Ale pokazać to narzędziami samej tej "historii"...

Lichtdom

Szedłem dzisiaj przez miasto: 190 centymentrów aryjskiego piękna, Carmina Burana w słuchawce, marszowy krok w ciężkich butach. SSman doskonały, spełniony sen Himmlera.

Mylił się Herbert twierdząc, że to tylko sprawa smaku.

To może wystarczało w Polsce stalinowskiej, może wystarcza dziś, by nie tatuować sobie swastyki na ogolonej głowie.

Ale oprócz totalitaryzmu troglodytów i rzeźników był też niestety - na samym początku - totalitaryzm wielkich.

Jak wyrafinowany gust trzeba mieć, aby oprzeć się monumentalnemu duchowi Orffa i Speera,
rewolucyjnemu zapałowi Majakowskiego, Szostakowicza
i Rodczenki, porywającej do boju dramaturgii
Riefenstahl i Eisensteina?

Jak bardzo trzeba być przywiązanym do humaniorów,
żeby mieć pewność, że nie zostanie się
Adrianem Leverkuehnem?

 




("Katedra światła" Speera - kadr z filmu Leni Riefenstahl)

Angelus Novus

Należy więcej myśleć o przeszłości. O przeszłości właśnie, bez literówki. Przyszłość jest w gruncie rzeczy dość nieistotna. No bo co my właściwie możemy z nią zrobić? Działamy dziś, nie jutro. A myśleć… Ileż można myśleć o przyszłości? Owszem, czasem trzeba podjąć ważną decyzję albo zrobić jakieś plany, ale ile myśli można temu poświęcić? W końcu i tak decydujemy pod wpływem impulsu, a plany zmieniają się na skutek pogody. Przeszłość, przeszłość daje dużo więcej do myślenia.
Nie, nie marnuję czasu. Inaczej niż przyszłość, przeszłość już teraz w zupełności zależy ode mnie. Zresztą, z przeszłością możemy sobie lepiej poradzić – mamy do tego całe bogate instrumentarium, w pocie czoła przygotowane przez historyków, hermeneutów, psychoanalityków, mitopojetów, panów spod budki z piwem, heglistów, antyheglistów i nasze babcie – tysiączne pojęcia, retoryczne manewry, wryte w pamięć schematy, powtarzalne epitety, archetypiczne obrazy. Śmiem twierdzić, że na specach od przeszłości polegać możemy dużo bardziej niż na wróżbitach.
Że przeszłości nie da się zmienić? A da się zmienić teraźniejszość? Z przeszłością jeszcze wiele można zrobić. O tyle, o ile jest ona istotna dla dzisiaj, o tyle od dzisiaj zależy: to ja dzisiejszy decydować mogę o tym, co z wczoraj ma dla mnie znaczenie. Za co biorę odpowiedzialność, z czego jestem dumny, czego żałuję, czego się wstydzę. A co mogę powiedzieć o tym, czego wstydzić się będę w przyszłości? Nic. Między dziś a narodzinami jest ogromna przestrzeń, pełna nieprzeliczonych wydarzeń, odczuć, miejsc, twarzy, mebli, obrazów – pełna świata. Między dziś a śmiercią przestrzeni nie ma albo (jeżeli ktoś jest newtonistą) jest ona pusta, a więc w każdym razie niedostępna. Wynajdywanie nowych ścieżek w przeszłości, przestawianie i liczenie skarbów, oznaczanie (czasem osuszanie) bagien to dużo ciekawsze zajęcie niż marzenia o lepszej przyszłości. Lepszej przyszłości sobie nie zagwarantujesz, a lepszą przeszłość wciąż możesz zdobyć.
(Nie zapominajmy przy tym o jeszcze jednym: to wobec przeszłości jesteśmy przede wszystkim dłużni. To zmarli nas stworzyli, to oni za nas cierpieli. To im winni jesteśmy zadośćuczynienie. I to oni rozliczać nas będę w dniu Sądu, gdy przyszłości już żadnej nie będzie.)




Me skrzydła gotowe są do lotu
I chętnie powróciłbym
Jeślibym bowiem pozostał jako czas żywy
Szczęścia zaznałbym niewiele

(Gerhard Scholem: Pozdrowienie anielskie)


Klee namalował obraz, zatytułowany „Angelus Novus”. Przedstawia anioła, który wygląda, jak gdyby chciał się oddalić od czegoś, w co się uporczywie wpatruje. Oczy szeroko rozwarte, usta otwarte, skrzydła rozpięte. Tak musi wyglądać anioł historii. Zwrócił oblicze ku przeszłości. Gdzie nam ukazuje się łańcuch zdarzeń, on widzi jedną wieczną katastrofę, która nieustannie piętrzy ruiny na ruinach i ciska mu pod stopy. Chciałby zatrzymać się, zbudzić umarłych i złączyć to, co rozbite. Ale od raju wieje wicher, który napiera na skrzydła i jest tak silny, że anioł nie może ich złożyć. Ten wicher pędzi go niepowstrzymanie w przyszłość, do której jest zwrócony plecami, podczas gdy przed nim rośnie stos ruin. Tym wichrem jest to, co nazywamy postępem.
(Walter Benjamin: O pojęciu historii)