Strajk której grupy zawodowej sparaliżował dziś Amerykę? Kolejarzy? Nafciarzy? Lekarzy? Nauczycieli? Nie, scenarzystów seriali i programów telewizyjnych. Uznali oni, że dość już mają sytuacji, w której ich dzieła oglądane są przez miliony widzów w Internecie i na wypożyczonych płytach DVD, podczas gdy oni nie mają z tego ani centa (dostają jedynie tantiemy z emisji telewizyjnych i sprzedaży DVD, zresztą śmiesznie małe). Parę dni temu rozpoczęli ogólnonarodowy strajk i wyszli na ulice Los Angeles i Nowego Jorku. Wspierają ich znani aktorzy na czele z Evą Longorią i Jayem Leno. Producenci jednak nie chcą ustąpić, zasłaniając się argumentem, że koszty produkcji telewizyjnych musiałyby radykalnie wzrosnąć, gdyby przychylili się do żądań scenarzystów. W efekcie w tym tygodniu Amerykanie nie mogą obejrzeć najnowszych odcinków swoich ulubionych seriali i talk-shows. O wadze sprawy świadczyć może choćby to, że zaangażowali się w nią również najważniejsi kandydaci w najbliższych wyborach prezydenckich. Wątpliwości nie zostawiają też nagłówki gazet z najbardziej dramatycznym „Apocalypse Now!” („Variety”). Oburzeni widzowie domagają się natychmiastowego przerwania strajków. Nieoczekiwane wsparcie scenarzyści dostali jednak ze strony religijnej prawicy, szczęśliwej każdym nieszczęściem Hollywood.
Cała historia wydaje się dość kuriozalna, skala emocji jakie wywołała nie pozwala jej jednak zlekceważyć. Warto też zastanowić się nad jednym: czy strajk jakiejkolwiek innej grupy zawodowej w USA mógłby doprowadzić do takiego zamieszania, na gorąco komentowanego przez wszystkie media? Wątpliwe.
Jestem pewien, że to wydarzenie przejdzie do historii. W sposób niezwykle widowiskowy i przekonujący obrazuje ono to, co skądinąd wiemy już z uczonych opracowań: najistotniejszą potrzebą mieszkańców bogatych społeczeństw Zachodu jest dziś rozrywka. Jest to nie tylko potrzeba fundamentalna, ale i uważana za fundamentalną: obywatele są świadomi swego bezwarunkowego prawa do rozrywki, równie niepodważalnego jak prawo do zaspokojenia głodu czy do osobistej wolności. A może nawet bardziej: przeciętny Amerykanin zapewne uznałby, że zachowanie życia i wolności oraz zdobycie pożywienia to sprawy, za które sam jest odpowiedzialny i sam musi je sobie zdobyć. Rozrywka natomiast ma mu być dostarczona.
Rozrywka jest więc nie tylko podstawową potrzebą w planie egzystencjalnym, ale też w wymiarze społecznym. Innymi słowy: strajk scenarzystów jest empirycznym dowodem tego, że rozrywka stała się w ostatnich dekadach sprawą par excellence polityczną.
Wytrawny znawca tej kategorii problemów, Marcin Król komentuje („Dziennik”, 10-11.11.2007): „[…] człowiek ma już prawo do serialu, tak jak scenarzysta ma prawo do strajku. Jest to jawny konflikt społeczny podobny do konfliktów, jakie powodują [w Polsce – L.H.] strajki lekarzy. […] zorganizowana i masowa rozrywka stała się niezbędnym elementem cywilizacji demokratycznej”. I dalej: „Co więcej, [strajk scenarzystów] to tylko początki, bo […] zapotrzebowanie na rozrywkę będzie tylko rosło. […] Czyżbyśmy więc byli na progu nowej apokalipsy? Nie sądzę. To tylko rozrywka i dobrze, że ludzie mają ją zapewnioną. Jednak właśnie dlatego zaczną się liczyć strajki scenarzystów, aktorów […] lub reżyserów […]. Ta grupa zawodowa, podobnie jak inne związane z najważniejszym obok rozwoju gospodarki zadaniem współczesnej cywilizacji, czyli rozwojem rozrywki, stała się już i będzie w coraz większym stopniu grupą znajdującą się w awangardzie ‘międzynarodowego proletariatu’.” Kończy jednak: „To tylko zmiana potrzeb i wobec tego zmiana hierarchii ról społecznych.”
W dwóch punktach nie do końca się z prof. Królem zgodzę. Jedna kwestia ma charakter w zasadzie czysto retoryczny: w oczywisty sposób nie jest prawdą, że grupa zawodowa „dostarczycieli rozrywki” może kandydować na stanowisko nowego „międzynarodowego proletariatu” – z tej prostej przyczyny, że przeciętny scenarzysta telewizyjnego serialu jest (nieznacznie, ale jednak) bogatszy od przeciętnego widza.
Druga kwestia jest istotniejsza, a również w pewien sposób wiąże się z pojęciem „proletariatu”. Strajk scenarzystów pokazuje bowiem, że jeżeli ktokolwiek chciałby dziś przeprowadzić ekonomiczno-polityczną analizę tego rodzaju, jakiej dokonał Marks używając m.in. pojęcia „proletariatu” właśnie, uwzględnić musi rozrywkę jako czynnik równie ważny, a przypuszczalnie ważniejszy niż praca. Oczywiście, „stosunki rozrywki” rządzić się muszą inną logiką niż „stosunki pracy”, co oznacza, że marksizm musiałby zostać dzisiaj przebudowany nie do poznania. Samo w sobie nie byłoby to szczególnie ważne, tak jak nie jest dziś szczególnie ważny taki prawdziwy Marksowy marksizm. Zaryzykuję jednak tezę, że dotyczyć to musi każdej ekonomii politycznej i, co za tym idzie, przypuszczalnie każdej filozofii politycznej.
Awans rozrywki do statusu problemu politycznego nie jest tylko „zmianą potrzeb” – to właśnie drugi punkt, w którym nie zgadzam się z Królem. Rozrywka jest bowiem potrzebą nie tylko różną od tych, które przez wieki zwykliśmy uważać za podstawowe – jest potrzebą zupełnie innego rodzaju. Dotychczas za fundamentalne uważano głównie potrzeby biologiczne: zdobycie pokarmu, bezpieczeństwo itd., od pewnego czasu w jakimś sensie również najbardziej podstawowe potrzeby społeczne (stąd można np. mówić o prawie do godności). Rozrywka nie zalicza się jednak ani do jednej ani do drugiej grupy. Zaliczenie jej do potrzeb fundamentalnych, które dokonuje się na naszych oczach, oznacza więc radykalną transformację całej struktury potrzeb ludzkich. Struktura ta jest zaś jednym z najważniejszych warunków brzegowych polityki i jedną z głównych determinant wszelkich organizacji społecznych, z państwem na czele. Jej przemiana musi więc spowodować także przemianę tego wszystkiego, co od niej w taki bądź inny sposób zależne. Jeżeli mam rację, to za kilka dekad, gdy zmiana ta dokona się w pełni, w społeczeństwach zachodnich dokona się zasadnicza transformacja polityki i stosunków społecznych, której kierunek trudno na razie przewidzieć.
W skrajnym przypadku cała nasza kumulowana od dwóch i pół tysiąca lat wiedza na temat społeczeństwa może okazać się zupełnie bezwartościowa. Będziemy wtedy musieli napisać nowe „Państwo”, „Politykę”, „Księcia” i „Lewiatana”, „Bogactwo narodów”, „Kapitał” i „Gospodarkę i społeczeństwo”.
(A na koniec pięć minut dla literatury: a może okaże się, że wystarczy napisać identycznie te same dzieła jeszcze raz, jak Pierre Menard napisał Don Kichota?)