piątek, 11 stycznia 2008

Literacka arche i proto-literatura

Pod pewnymi względami różnica między "Iliadą" a "Odyseją" jest różnicą fundamentalną. Należałoby więc naświetlić tę różnicę "w sposób istotowy" (to takimi zagadnieniami powinna zajmować się filologia zamiast nieistotnych bzdur, którym zwykle się oddaje – filologowie ustalili, że autorem Iliady nie był Homer, ale inny poeta o tym samym imieniu, mawiał Aldous Huxley).

Przyczynkiem do tego może być zauważenie, że różnica ta polega między innymi na odmiennym ujęciu czasu opowieści. Widać to już w samej konstrukcji poematów. Wojna trojańska opowiadana jest w sposób linearny. W "Odysei" zupełnie inaczej: opowiadanie zaczyna się, gdy akcja bliska jest już końcowi. W wyniku tego najistotniejsza (choć zajmująca jedynie około jednej czwartej objętości) część eposu jest opowieścią o tym, co wydarzyło się przed jego początkiem.

Nie jest to tylko kwestia większego kunsztu dojrzałego już poety, który mógł sobie pozwolić na zastosowanie bardziej złożonej kompozycji. Różnica jest substancjalna. "Iliada" opowiada pewien zwarty epizod od początku do końca. "Odyseja" ma koniec, ale "w sensie istotowym" nie ma początku. Jest opowieścią o podróży, która kończy się w pewnym Tu i Teraz, ale w żadnym Tu i Teraz się nie zaczęła. Skąd wyruszył Odyseusz? Z pałacu Feaków? Z wyspy pięknej Kalipso? Spod Troi? Z Itaki? Co w ogóle wiemy o początku jego podróży, oprócz tego, co sam nam opowiada? A czy Odyseuszowi można wierzyć na słowo?

"Odyseja" jest więc opowieścią o literaturze. Literatura bowiem gdzieś i kiedyś się kończy, ale nigdzie i nigdy się nie zaczęła. (I tak jak Odysowi, nie można jej ufać - wiemy wszak od Gorgiasza, że sztuka jest li tylko oszustwem).

Stary Homer odkrył podstawową prawdę: literatura nie ma początku. Nie ma początku, bo zawsze jest autotematyczna.

Opowieść o podróży Odyseusza jest więc pierwszym prawdziwym dziełem literackim, nie jest zaś jeszcze literaturą "Iliada". To dopiero "Odyseja" tworzy literaturę, tym samym tworząc własny przedmiot. Jest opowiadaniem o tym, co powstaje w wyniku tegoż opowiadania, narratio sui. Jest więc dziełem literackim szczególnym, wynalezieniem literatury. Jak wszelki byt z Boga swoje istnienie, tak wszelka opowieść z "Odysei" czerpie swą literackość. Jak całe stworzenie jest tylko znakiem, przez który poznajemy Opatrzność, tak cała literatura to tylko korpus scholiów do (późnego) Homera. "Odyseja" jest arche literatury.

Wbrew temu jednak, co sądzili dawni i nowsi teologowie, to, co nie ma początku, musi być czymś poprzedzone.

Stąd konieczność "Iliady". Nazwać by ją można proto-literaturą, ma ona wszystko, co należy do "litery" literatury: dramatyczne napięcie, nieprzejrzystość języka, niejednoznaczność wydarzeń. Nie ma jednak jeszcze jej "ducha": właściwego stosunku do czasu, a tym samym do samej siebie. W "Odysei" dopiero literatura uzyskuje samoświadomość. Poeta staje się poetą, bohater - bohaterem. Achilles nic nie wie jeszcze o tym, że jest bohaterem opowieści, Odyseusz zdaje sobie z tego sprawę. Dzięki temu w drugim poemacie Homera możliwe jest i to jeszcze, bez czego nie ma literatury: ironia.

Odyseusz jest Nikim, bo nie istnieje. Jest postacią literacką, figurą samej literatury, wynalazkiem, który sam wynajduje. Literatura jest istnieniem ironicznym, nierównym sobie.

"Odyseja" potrzebuje jednak "Iliady", nie może bowiem powstać w pustce: Bóg także potrzebował gliny, aby tchnąć w nią ludzkiego ducha. "Odyseja" jest samoświadomością "Iliady", jak Odyseusz jest sumieniem Achillesa. Ich spotkanie (w domu umarłych!) jest może najważniejszą sceną "Odysei".

Zauważmy, co mówi Achillesowi Odysej: opowiada mu dalsze dzieje wojny i waleczne czyny jego syna!

Nie jest też bez znaczenia, że właśnie w Hadesie spotykają się herosi. Z punktu widzenia ironicznego bycia literatury a-ironiczny empiryczny byt jest tylko cieniem, tak jak z empirycznego punktu widzenia literatura jest tylko mrzonką.

Warto tu postawić problem tożsamości Achillesa. W "Iliadzie" wydaje się on jeszcze zdecydowanie zbyt młody, aby mieć już dorosłego potomka (a jest to już przecież dziewiąty rok wojny). W "Iliadzie", co ważniejsze, Achilles to butny wojownik, który wybrał krótkie życie w sławie zamiast długiego, ale cichego. Jakże inaczej przemawia w Hadesie! Wolałby teraz być parobkiem gdzieś na ziemi, dzierżawioną rolę uprawiać z ciężkim znojem, niż być tutaj panem mar i królem cieni, panując wiecznie nad zjaw pustookich rojem.

Niektórzy komentatorzy zarzucają Homerowi niekonsekwencję. Inni wskazują na jedność charakteru Achilla w obu tych postawach: to mąż gwałtowny, człowiek czynu, niewielką wagę przywiązujący do słów.

Sądzę jednak, że sprawa jest bardziej złożona: w Achillesie dokonała się realna przemiana, równolegle z tą, jaka dokonała się w samym Homerze, a która zaowocowała stworzeniem literatury.

Badacze psychologii homerowych postaci postawili hipotezę, że pewne istotne różnice w sposobie, w jaki autor "Iliady" i "Odysei" opisuje zachowanie bohaterów mogą świadczyć o tym, że w czasie pomiędzy powstaniem jednego i drugiego eposu człowiek wykształcił władzę, którą dziś nazywamy samoświadomością. Podczas gdy wojownicy spod Ilionu nie wydają się być niczym więcej niż marionetkami w rękach bogów, które same nie rozumieją, co kieruje ich działaniem, bohaterowie "Odysei" są już świadomymi i autonomicznymi istotami ludzkimi.

W "Odysei" więc nie tylko literatura, ale też człowiek w ogóle uzyskuje samoświadomość. Więcej, to właśnie w literaturze ją odnajduje. Człowiek "iliadyczny" nie ma świadomości siebie, bo nie ma jej "Iliada". Odyseusz już ją posiada, bo posiada ją "Odyseja".

Człowiek "iliadyczny" w porównaniu ze swym bardziej rozwiniętym krewnym jest jak mara w Hadesie - jest ledwie cieniem, namiastką człowieka, ciałem (literą) pozbawionym ducha. Na krótką chwilę jednak uzyskuje pełnię człowieczeństwa - gdy wchodzi w świetlisty krąg opowieści. Odyseusz opowiadający Achillesowi losy jego syna jest samoświadomością nieszczęsnego Mirmidona. A Neoptolemos to wszak krew z krwi, kość z kości - ciało Achillesa i jego czyny (stąd problem wieku chłopca nie jest istotny). Odyseusz w istocie opowiada Achillesowi o nim samym. Dzięki temu człowiek "iliadyczny" staje się człowiekiem "odyseicznym", a więc człowiekiem po prostu. Uzyskuje on zrozumienie, że tylko w opowieści jest prawdziwie sobą - dlatego wolałby wrócić na ziemię, być choćby statystą w wielkiej epopei historii, niż trwać, nawet jako król, w a-ironicznym, mrocznym i zimnym Hadesie.

Odyseusz nie może jednak zabrać Achillesa ze sobą, z powrotem na powierzchnię. To nie po niego naprawdę przyszedł. Człowiek "iliadyczny" jest już stracony. Odyseusz przyszedł tam po siebie samego, znaleźć tam przedmiot swojej samoświadomości, cel swojej wędrówki.

Jak Odyseusz potrzebuje Achillesa, jak "Odyseja" potrzebuje "Iliady", jak to wreszcie, co nie ma początku, potrzebuje tego, co je poprzedza, tak literatura potrzebuje przeszłości (tak samo mającej Tu i Teraz koniec, ale nigdy i nigdzie początku). To kolejny powód, dla którego spotkanie człowieka "odyseicznego" z jego przodkiem przebiegać musi w zaświatach, w królestwie przeszłości.

Tam jednak panuje niewłaściwa przeszłość, przeszłość zastygła. Tam już nic się nie dzieje i nic się nie opowiada. Odyseusz wraca więc na powierzchnię, aby tam, dotarłszy wreszcie na dwór Feaków, wynaleźć literaturę - sztukę (właściwej) przeszłości.

15 komentarzy:

Anonimowy pisze...

No, to jest post typu alfa plus, czyta się z radością:)

Mimo najszczerszych chęci nie mogę podjąć głębokiej polemiki, bo napisałeś to pięknie, a polemizowanie z rzeczami pięknymi pod hasłem Poszukiwania Prawdy to buractwo. (Tak tak, wiem, że nawet na tym blogu jest już dyskusja o tym, do czego takie podejście może prowadzić...Ale po prostu nie miałeś wtedy racji;)
Jedyne, z czym się jakoś wyraziście nie zgadzam, to postulat, że właśnie tym powinna się zajmować filologia. W ogóle na Twoim miejscu bym to szybciutko wykasowała, zanim jakiś filolog przeczyta i zacznie nam chleb zabierać. Takie smaczne kąski są dla filozofów.
O czym najlepiej świadczy to, jak blisko ta notka łączy się z poprzednią, Bradleyowską.
Jedyne, co nie jest dla mnie jasne, to to, jak Ty ostatecznie ten koniec-teraźniejszość interpretujesz. Czy to jest naturalna, okazjonalna niekonceptualna granica tego, co bezustannie konceptualnie odzyskujemy (tworząc literaturę)? Czy to jest właśnie moment podwójnie konceptualny (świadomość, że jesteśmy samoświadomi;), kiedy sobie z pełną premedytacją "Teraz" jako teraz ustanawiamy, wymyślamy właśnie zakończenie historii.
Ale wtedy oczywiście teraz się rozmywa, jak to ma od Augustyna w zwyczaju. Teraz nie ma. Jest skrzyżowanie historii, w których się postrzegamy, ale wcale nie pojmujemy tego punktu wyłącznie jako końca. To są równie dobrze środki i początki.
Pragnienie ocalenia całości doświadczenia to oczywiście jest pragnienie, żeby połączyć niekonceptualne doświadczenie realności (kiedyś w końcu wytłumaczę, jak to się ma do centrowania światów możliwych - w każdym razie jest bardzo blisko Lewisowskiej koncepcji wiedzy de se, tylko w bardziej psychologistycznym sztafażu...;) z samoświadomym wymiarem refleksji, który ma być właśnie zrozumieniem tej realności i nas w niej (wiedza de re i de dicto). Ale wtedy to właśnie nie ma żadnego z odmiennością doświadczenia przeszłości problemu. Jest nie bardziej narracyjne, jak doświadczenie teraźniejszości.
Odmienne to jest doświadczenie przyszłości - i tu jest problem. Bo, i tego mi u Ciebie brakuje, bez przyszłości teraźniejszości nie ma zupełnie tak samo jak bez przeszłości. Bez tych wszystkich historii, które dla siebie wymyślamy. I książek, które dopiero napiszemy...

Sherl.

Anonimowy pisze...

...bo literatura nie ma końca, ma tylko i wyłącznie środek...

Leopold Hess pisze...

Na pytanie o Teraz spróbowałbym odpowiedzieć następująco - nawiązując do posta o Bradleyu: jest i tym i tym. W porządku logicznym należałoby zacząć od niekonceptualnej, okazjonalnej, "bezpośredniej totalności". Pozostając przy niej nie jesteśmy jednak niczym więcej niż marą w Hadesie - pozbawioną przeszłości, a więc w ogóle czasu. Stąd wysiłek inkorporacji przeszłości w teraźniejszość. To jednak ma konsekwencje takie, jak opisane: miast niekonceptualnej bezpośredniej realności otrzymujemy samoświadomą idealność. O ile przeszłość jest po prostu konceptualna, o tyle teraźniejszość staje się konceptualna podwójnie. No i cały wic w tym, żeby - w doświadczeniu Absolutnym - zobaczyć/pokazać, że to, co niekonceptualne i co podwójnie konceptualne jest tym samym. Wracamy więc do mojej idee fixe: poziom zero jest tożsamy z poziomem dwa. Ale tylko w perspektywie Absolutu.

Literatura w tym przypadku (podobnie jak poniekąd, choć na zupełnie inny sposób, metafizyka - ale ostatnio skłaniam się jednak ku tezie o wyższości literatury nad metafizyką) jest medium przenoszącym nas między tymi wszystkimi poziomami. Jest więc namiastką Absolutu.

Co do przyszłości - nie wiem. Sądzę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby takie, które zmierzałoby do ujęcia przyszłości jedynie jako funkcji (a może epifenomenu nawet?) stosunku teraźniejszości i przeszłości. W każdym razie nie zgadzam się z tezą o priorytecie przyszłości, jeżeli to masz na myśli (a na pewno to mieli na myśli choćby Nietzsche czy Heidegger).

Można by spróbować tak:
Teraźniejszości w ogóle nie ma, jak słusznie przypominasz. Przyszłości tym bardziej. Jest tylko przeszłość. Ale żeby była tym, czym jest, potrzebuje tych obu momentów.

Przeszłość ma charakter fenomenalny - jest ostatecznie ekstensją wszystkich naszych pojęć. Teraźniejszość i przyszłość to noumena - niezbędne pojęcia, ale pozbawione przedmiotu.

Ale nie ręczę za to rozwiązanie.

Anonimowy pisze...

Okiem filologa;)
1. A jednak syn Achillesa pojawia się w "Iladzie". Radzę powtórnie sprawdzić ;)
2. Wszystko pięknie, ale jak się czyta w tekście, który ma aspiracje do 'objawiania prawdy' "tą różnicę", to ręcę opadają.

Leopold Hess pisze...

1. Bardzo dziękuję za uwagę, zaraz sprawdzę i poprawię.
2. Ja takich aspiracji nie mam. A jeżeli to jest najpoważniejszy błąd językowy (to chyba nawet nie jest błąd, prawda?) w tym tekście, to i tak mam raczej powód do dumy niż wstydu.

Anonimowy pisze...

1.Szczerze mówiąc cały argument 'bo Achilles był za młody, żeby mieć dorosłego syna' jest w świcie greckiej tradycji nie do utrzymania. Gdyby tak chcieć się trzymać następstwa czasowego, to nawet Achilles był za młody, żeby jechać pod Troję (albo Parys i Helena byłi już radykalnie niepierwszej młodości - wszak kiedy boginie obiecują młodemu pasterzowi najpiękniejszą kobietę świata, to Achilles jeszcze się nie urodził - a dokładniej była to uczta ślubna jego rodziców).
2.A jednak jest;) Wyjątek to mowa potoczna, a ten tekst jednak mową nie jest. Błąd zupełnie niepoważny, ale w pierwszym akapicie, więc albo znięchęca albo rozśmiesza.

Leopold Hess pisze...

1. "W świecie greckiej tradycji" niemalże nic nie jest do utrzymania - bo przecież żadnej spójności wszystkim mitom związanym z wojną trojańską nadać się nie da. Trzymajmy się Homera. O ile mnie pamięć znowu nie myli, on akurat nie pisze, w jakich okolicznościach odbył się sąd Parysa.

2. Ustępuję przed mądrością filologa.

Anonimowy pisze...

Akurat owe okoliczności wydają się należeć w świecie Iliady do sfery przyjmowanej jako dość oczywista; to zaś, że o sądzie Parysa znajdujemy tam zaledwie skąpe wzmianki można interpretować tak: http://links.jstor.org/sici?sici=0075-4269%281981%29101%3C56%3ATJOPAI%3E2.0.CO%3B2-G&size=LARGE&origin=JSTOR-enlargePage

Anonimowy pisze...

link - drugie podejście:

The Judgement of Paris and Iliad Book XXIV
Malcolm Davies
The Journal of Hellenic Studies, Vol. 101, 1981 (1981), pp. 56-62

http://links.jstor.org/sici?sici=0075-4269%281981%29101%3C56%3ATJOPAI%3E2.0.CO%3B2-G&size=LARGE&origin=JSTOR-enlargePage

Leopold Hess pisze...

Bardzo dziękuję za link. Z przyjemnością przeczytam.

To, że problemów natury chronologicznej związanych z biografią Achillesa jest więcej, i tak nie dowodzi, że nie ma problemu tam, gdzie ja go wskazałem. Nie wspominając już o tym, że ta kwestia odgrywa dość marginalną rolę w mojej argumentacji.

Anonimowy pisze...

To prawda. W ogóle post kontrowersyjny ale nader smaczny.

Leopold Hess pisze...

Dziękuję. Chociaż kontrowersje wzbudził nie całkiem w tych kwestiach, w których powinien (przynajmniej według zamysłu autora).

Sherlock Kittel pisze...

Podejrzewam, że to co zaraz napiszę, to też nie jest do końca zamierzona przez autora kontrowersja, ale, po pierwsze, sam doskonale wiesz, że nikt się w XXI wieku zamierzeniami autora nie przejmuje (a już na pewno nie ja;), a po drugie, czego jak czego ale akurat kwestii przyszłości odpuszczać nie należy.

Literatura to jest poziom pierwszy par excellence (czy jest na sali romanista;)?). Dlaczego? Bo to już nie jest tylko konceptualność w znaczeniu McDowellowskim - funkcjonalistycznie zdefiniowane foremki, które musimy mieć, bo przecież mamy konceptualną wiedzę zrobioną z konceptualnych sądów, więc jakże by to tak miało być, żebyśmy te sądy lepili z jakiegoś bezładnego piachu a nie eleganckich konceptualnych babek. U McDowella wciąż nie wiadomo w zasadzie skąd ta nasza plażowa spontaniczna aktywność i wyjaśnienie w rodzaju - bo, po pierwsze, tak już mamy, a po drugie, chcemy mieć system piaskowych twierdz warownych (wiedzę) - nie działa. Oczywiście można argumentować, że już tak ewolucyjnie musimy te zamki budować, żeby z całym tym piachem sobie poradzić i samych siebie na plaży odnaleźć, w dodatku pewnie jako naturalistka powinnam właśnie tak powiedzieć, ale to jest teoria nieelegancka. A teorie nieeleganckie odrzucamy z góry, bo nawet jeżeli są prawdziwe, to co z nich za pociecha;)
Literatura to nie jest to męczące, statyczne i nudne metafizyczne "jak/co jest?", tylko pytania prawdziwie emocjonujące i typowo ludzkie. W Twojej interpretacji, tak jak ją odczytuję, byłyby to pytania typu "kim/gdzie/jak byliśmy?", a zwłaszcza "co się stało i cośmy wyprawiali?" (czyli po prostu "whodunit?" - i niech mi ktoś powie, że powieść detektywistyczna nie jest z kolei literaturą par excellence :)). Pojmowani konceptualizacji jako aktywności literackiej wydaje mi się atrakcyjne nie dlatego, że gdzieś jesteśmy przenoszeni - bo dla mnie literatura mieszka jednak na poziomie 1 (co nie wyklucza, oczywiście, wielopoziomowego autotematyzmu w obrębie tego poziomu, szkatułkowych powieści i szkatułkowego rozumienia siebie), a do integracji poziomów służy właśnie metafizyka (rozumiana przeze mnie po prostu jako porządna, naturalistyczna i ontologizująca zarazem PW-sowa filozofia umysłu). Właśnie onto-logiczny;) charakter powyższej daje nam absolutną perspektywę, której się domagasz.
Tylko że Ty nie wyciągasz z własnego pomysłu tego, co przy mojej interpretacji podobałoby się w nim najbardziej. Najbardziej ludzkim, poruszającym umysł pytaniem nie jest "co było?" tylko "...i co było dalej?!".
Bez przyszłości-w-przeszłości nie ma literatury. Bez przyszłości nie ma mowy o przeszłości, bo - i tu po raz pierwszy wyrażam protest, który wzbudziły we mnie ze trzy Twoje notki - w ogóle nie ma dobrego powodu, żeby się nią zajmować. Jesteśmy ciekawi, kto zabił, głównie dlatego, że być może ta osoba właśnie siedzi z nami przy jednym stole i, wykorzystując fakt, że jesteśmy zajęci lekturą Kanta, zaraz dosypie nam cyjanku do dużej czarnej (;)). Jesteśmy ciekawi, kim jesteśmy, bo jeszcze parę lat (Ty pobędziemy i chcemy zadbać o przyzwoite przyszłe doświadczenia.
Mogłabym się zgodzić, że przyszłość jest noumenem, bo to ona właśnie motywuje nas do aktywności kognitywnej. Ale nigdy - że przyszłość jest noumenem, podczas, gdy fenomenem jest przeszłość. Trzeba je pojmować całkowicie symetrycznie, chociażby dlatego, że nie ma żadnego powodu, by tego nie robić.
Przyszłość rozpada się na paradoksalnie wiele światów możliwych. Ale przeszłość dokładnie tak samo! Literatura to jest wypracowywanie sobie na tyle wąskiej relacji dostępności, żebyśmy się z ilością owych dostępnych wariantów mogli uporać. Ale te same, dokładnie te same, w świecie "rzeczywistym" (patrz mój nowy długaśny alfa-komentarz do Twojego Bergsona) zaczepione relacje dostępności służą nam przede wszystkim do tego, by wyciosać sobie jakąś ścieżkę przez dżunglę przyszłych wariantów. To tak, jak w wypadku okresów kontrfaktycznych: pytamy o te wszystkie możliwe bezogoniaste kangury, bo chcemy wiedzieć, CO SIĘ STANIE, jak utniemy ogon jakiemuś rzeczywistemu... (No dobrze, może niedokładnie o to, ale przyjmijmy taką roboczą i urokliwie sadystyczną interpretację;)
A już na pewno nie zgodzę się, że przeszłość stanowi ekstensję wszystkich naszych pojęć. Prawdę mówiąc, dawno mnie żadne twierdzenie tak nie oburzyło;)
Nie ma żadnego sensu mówić o ekstensji statycznej i zamkniętej, a choćby i tylko okazjonalnie wciąż od nowa domykanej! W samej naturze pojęcia leży jego dynamika, jego nastawienie na przyszłe doświadczenia. Gotowość sieci do zmiany poszczególnych wag. Nasza ciekawość wszystkich tych czarnych, białych i różowych kruków, które kiedyś będziemy sobie chcieli w konceptualnych sądach obłaskawić. Pominąłeś zupełnie ten wątek z mojego poprzedniego komentarza, że postrzegamy siebie nie tylko poprzez historie przeszłe - i zamknięte opowieści. Oczywiście masz rację, że opowieści leżące całkowicie w przyszłości nie interesują nas również, bo, jak gdzieś zauważyłeś, niczego nie możemy sobie zagwarantować. Ale naprawdę fascynują nas takie, które właśnie się toczą - w których jesteśmy "w samym środku akcji". Dopiero łowimy owego mordercę i nie wiadomo ilu z nas nieszczęsnych murzynków dotrwa do końca powieści. Dlatego działamy. I piszemy nasze książki. Bez przyszłości nie rozumiemy przeszłości, bo potrzebujemy perspektywy, intencjonalnego wyjaśnienia naszych działań. Jeżeli nie mam zamiaru złapać mordercy, to, co teraz robię nie jest śledztwem. Że ktoś tam kogoś kiedyś kolcem do lodu, to jeszcze nie wystarczy.
A jeżeli Ty jesteś porządnym heglistą, nie powinieneś protestować.

Sherlock

P.S. Wątku "teraz" nie poruszyłam, bo teraz widzę, że się w tej sprawie zgadzamy całkowicie (teraz).

Sherlock Kittel pisze...

Uprzejmie przepraszam, ale mi się nie ta wersja komentarza co trzeba wkleiła i stąd kilka niedoskonałości tekstu oraz owo "(Ty" w samym środku. Miało być "(Ty nawet wiesz ile lat;)".

Sherlock

Leopold Hess pisze...

W sprawie przyszłości. Obawiam się, że różnica zdań w tej sprawie jest kwestią temeperamentu raczej niż stanowiska filozoficznego (czytaj: nie umiem jeszcze powiązać tego jednoznacznie z innymi przekonaniami filozoficznymi). Mówiąc metaforycznie i zwięźle, ale chyba dość zrozumiale: mnie akurat w śledztwie interesuje to, kto zabił, a nie co morderca teraz planuje/robi. Jeżeli szukam mordercy, to żeby wymierzyć sprawiedliwość - a to jest działanie nakierowane na przeszłość - a nie po to, żeby więcej już nikogo nie zabił. Ale tak jak mówię - na razie nie widzę innego wyjaśnienia, niż różnica temperamentów.

Symetryczność przeszłości i przyszłości jest prima facie podważana przez niesymetryczność naszego doświadczania tego, co przeszłe i tego, co przyszłe. Onus probandi spoczywa więc na Tobie.

Co do postrzegania siebie przez przeszłe/przyszłe opowieści - jasne, istotnym aspektem tożsamości są plany, zamiary i działania zmierzające do celu. Ale cele, plany i zamiary nie pochodzą z przyszłości, ale z przeszłości właśnie. Przeszłość daje nam pewien materiał, który rzutujemy tylko w pustkę przyszłości. Przyszłość jest takim coś=x.

I jeszcze ekstensja pojęć. Twój kontrargument byłby słuszny, gdyby było tak, że przeszłość jest czymś zamkniętym i statyczym, albo co najwyżej okazjonalnie domykanym. To założenie zostało tu jednak implicite odrzucone (eksplicite zostało odrzucone w pierwszym poście, który uważam za rodzaj manifestu pojęciowego, wyznaczającego meta-teoretyczne ramy wszystkiego, co tu pisane;). Przeszłość jest dynamiczna. Choćby dlatego, że istnieje tylko w odniesieniu do ciągle zmiennej teraźniejszości. Republika Rzymska dziś - dosyć nam obojętna - nie jest tą Republiką, którą opłakiwał Tacyt, ani tą, o której marzył Robespierre.