Pytanie o to, w jaki sposób w Bogu godzą się absolutne miłosierdzie i absolutna sprawiedliwość, podobnie jak korespondujące z nim zagadnienie stosunku zasługi i łaski, jest - wbrew pozorom - jednym z najdonioślejszych zagadnień filozoficznych, szczególnie dzisiaj. Pytając o Boga i zbawienie, pytamy bowiem o nas i naszą odpowiedzialność. Nie jest wykluczone, że to właśnie język teologii może najlepiej posłużyć znalezieniu odpowiedzi. (Nie twierdzę, że tak jest, ale może warto spróbować.)
Wymagałoby to jednak z pewnością dokonania na nim co najmniej dwóch korekt. Po pierwsze, pozbyć się należy - przynajmniej jeżeli wykorzystywać chcemy język teologii katolickiej (skądinąd nie jest wcale oczywiste, że powinniśmy: na pierwszy rzut oka teologia prawosławna, protestancka czy judaistyczna - każda na swój sposób - wydaje się być bardziej użyteczna) - jednego z najgorzej uformowanych pojęć w dziejach myśli ludzkiej, jakim jest pojęcie "wolnej woli". Po drugie, należy odwrócić stosunek natury i tego, co nadnaturalne. Jeżeli w opozycję tę mamy wpisać miłosierdzie i sprawiedliwość, klasyczna (chrześcijańska) teologia mówi nam, że sprawiedliwość jest tym, co ziemskie - człowiek jest bowiem mściwy - miłosierdzie zaś jest przymiotem Boga. W świetle rozwoju "nauk o człowieku", jaki dokonał się w ciągu ostatnich stu pięćdziesięciu lat, takie wartościowanie jest nie do utrzymania. Po Marksie, Freudzie i socjobiologii miłosierdzie musi wydawać się tym, co najbardziej zgodne z porządkiem natury. Każdą winę wszak usprawiedliwić możemy uwarunkowaniami społecznymi, psychologicznymi, ekonomicznymi, ewolucyjnymi itd. Każdą winę możemy więc wybaczyć. Samo pojęcie winy nie daje się pogodzić z odczarowaną wizją świata. To sprawiedliwość jawi się więc jako coś nadnaturalnego. Kategoria odpowiedzialności, można by powiedzieć, należy do innej, nie-naturalnej, przestrzeni logicznej.
[Dygresja: "stawianie na głowie" wydaje się być, w naszych czasach zwłaszcza, podstawowym zadaniem filozofa. Gdy spotyka się on z jakimkolwiek dualizmem - a dualizmy są wszędzie - pierwszą jego myślą powinno być: "a co, jeżeli jest dokładnie odwrotnie?" (Przykład pierwszy z brzegu: rozważania Żiżka o realizmie i idealizmie w "Rewolucji u bram"). Drugą myślą winno być: "a co, jeżeli sam ten dualizm jest fałszywy?". Między pierwszą a drugą mija jednak zwykle kilkaset lat.]
Dokonanie tego rodzaju przewartościowania na języku teologii nie jest trudne. Wystarczy zauważyć, że Bóg Sprawiedliwy Starego Testamentu staje się Bogiem Miłosiernym Nowego w momencie (Momencie), w którym staje się Człowiekiem. Wcielenie jest przejściem z porządku boskiego do porządku naturalnego. Jest też przejściem z porządku sprawiedliwości do porządku miłosierdzia.
Pierwsze rozwiązanie naszego problemu (stosunku Bożego miłosierdzia i Bożej sprawiedliwości), jakie się tu narzuca, jest jednak pesymistyczne: Bóg jest miłosierny, gdy staje się człowiekiem, gdy staje się słaby. Miłosierdzie jest słabością Boga. Bóg miłosierny "idzie na łatwiznę". Sprawiedliwość jest o wiele trudniejsza (czyż nie zgadza się to zresztą z naszym, ludzkim, doświadczeniem?).
8 komentarzy:
hey dude. i have no idea what you're talking about. if you write some stuff in english, that would help me a lot.
So what on earth brought you here? But ok, I'll think of writing some posts in English;)
Summum ius , summa iuiuria, czy jakkolwiek jeśli idzie o pisownie. Przypisywanie słabości miłosierdzi, jakoś mi nie pasuje, powiedziałbym wręcz odwrotnie, na takie gesty może pozwolić sobie tylko któś "mocny". A wolna wola...Myślę, że trzeba by odwołać się do wielkiego propagatora wolności ludzkiej, ( i odpowiedzialności ) Św. Augustyna, któremu można oczywiście wtedy zarzucić "predestynację", jako tej woplności zaprzeczenie, ale tylko z pozoru, po głębszej analizie, jest to prawie,że filozofia wolności sensu stricto, niemalże Sartre-owska...Gdyby tylko nie wypaczenia " czasowo- wyobrażeniowe ", w sensie ludzkiego sposobu postrzegania rzeczywistości, w początkach rozwoju "cywilizacji",a raczej kultury chrześcijańskiej.
hej Leopoldzie, to chyba olbrzymie uproszczenie: Bóg Starego Przymierza jako sprawiedliwy a Nowego jako miłosierny. Kilka ksiąg biblijnych temu przeczy. Jeżeli warunkiem miłosierdzia jest wcielenie, to co z judaizmem? Czy Adonai nie jest miłosierny? A co powiesz np. o kabalistycznych din i hessed?
Powstrzymałam się z komentarzem, ale kiedy już poprzednicy bezwiednie dostarczyli mi argumentów, to pokusa jest nie do odparcia.
Bo, po pierwsze, chciałam powiedzieć, że odwołanie do teologii to na pewno nie jest dobry pomysł. Pojęcia, których potrzebujesz, niestety również w refleksji teologicznej się pojawiają. Metaforyka biblijna - może i mogłaby się przydać, przy wielkim uproszczeniu. Ale ogólnie rzecz biorąc, sięganie do języka teologii może tylko napytać dodatkowej biedy, bo jest to gatunek filozofii fundamentalnie przez wiadome założenia ograniczonej, i jako taki ma swoje własne dodatkowe kłopoty, spory i niejasności (patrz wyżej) a przy okazji budzi dodatkowe i zbędne emocje.
Ale to dopiero początek. Prawdopodobnie znów z powodu tej samej odmienności temperamentów nie zgadzam się z Tobą w niczym z wyjątkiem krytyki pojęcia wolnej woli, które to pojęcie istotnie należy w końcu spuścić po brzytwie Ockhama. I wywietrzyć po nim jaskinię.
Gorzej z Twoją interpretacją winy i miłosierdzia.
Zgoda, że pojęcie winy nie daje się pogodzić z odczarowaną wizją świata. Ale to jeszcze nie znaczy, że mamy podstawy, by włączyć teologiczne - jak sam sobie życzysz - pojęcie miłosierdzia w porządek natury. Miłosierdzie, zwłaszcza w wersji katolickiej to wszak wielkie wybaczanie, wybaczanie win. Między chrześcijańską wybaczoną winą a naturalną, przyrodniczo-socjobiologiczną niewinnością różnica jest jak Morze Czerwone. I miłosierdzie w wersji Nowotestamentalnej jest, dokładnie jak ujmuje to teologia tradycyjna, a wbrew Twoim intuicjom, czymś zupełnie nieludzkim. Po pierwsze, bo bez "grzechów" miłosierdzia nie ma. Po drugie, bo Bóg wybacza wszystkim. Tymczasem w porządku natury na "grzechy" w ogóle nie ma miejsca. I w ogóle nic nie ma dla wszystkich.
Ludzkie i naturalne pojęcie miłosierdzia i to takie, które - jak znów sobie życzysz - stałoby w opozycji do pojęcia sprawiedliwości, to albo usprawiedliwianie albo wybaczanie wybranym.
I tu ja też pozwolę sobie na krótką wycieczkę "teologiczną" - tak postępuje właśnie Bóg Starego Testamentu, który z niepojętych dla mnie przyczyn jest uważany za "mniej ludzkiego", choć w rzeczywistości jest właśnie bardziej ludzki - i bardziej dzięki temu zrozumiały. To taki Bóg, z którym można się ułożyć (zawrzeć przymierze) i wiadomo, że nie zmieni reguł w trakcie gry. No, prawie nigdy. Bóg Nowego Testamentu to taki Bóg, który w ogóle nie bardzo umie grać. Nic tak dobitnie nie pokazuje, jak dziwny jest ten nowotestamentalny Bóg, jak przypowieść o robotnikach w winnicy. To tam przedstawia się nowe "miłosierne" pojęcie Boskiej sprawiedliwości - wszyscy dostaną taką samą nagrodę, a sprawiedliwe to, bo nikomu nigdy niczego więcej się nie obiecywało. Ale zwróć uwagę, jak nieintuicyjna jest ta sprawiedliwość. Dla mnie jest to argument za tym, że właśnie ta stara, "bezlitosna", sprawiedliwość starotestamentalna istotnie do porządku natury należała.
Podsumowując, nie wiem już, o którą sprawiedliwość i które miłosierdzie Ci chodzi. Ale proponuję zamiast wikłać się w teologiczne spory i korzystać ze zbyt złożonej metaforyki biblijnej, wrócić do porządnej analitycznej roboty nad definicjami... No wiem...
Kochani moi! Nie rzucajcie we mnie Bogiem! Nie szantażujcie mnie Nim, nie mówcie, że on wcale nie jest taki, jak mnie się wydaje. Bóg to tylko figura retoryczna. Nic więcej, nie istnieje poza dyskursem.
Po kolei:
1. Przekonanie o tym, że miłosierdzie wymaga "siły" zostało przeze mnie eksplicite zakwestionowane. Wskazałem pewne argumenty. Uważam też, że moja teza zgadza się z doświadczeniem wielu z nas. Jezeli uważacie inaczej - proszę o argumenty!
2. Właśnie dlatego chcę się pozbyć pojęcia wolnej woli: używając go wikłamy się w takie bzdury jak "predestynacja z pozoru, wolność sensu stricto po głębszej analizie" i przestajemy zauważać różnice między Augustynem a Sartre'em.
3. Uproszczenie jest faktem, ale jest też koniecznością - jeżeli dialektykę porządków Natury i Łaski chcemy rozpisać na pewien ruch historyczny, konieczne są pewne uproszczenia. Sądzę, że teologia może sobie na nie pozwolić - to jest jej siła. Nie zajmuję się tu biblistyką!
4. Niestety na kabale nie znam się ni w ząb.
5. Nie martwią mnie ograniczające założenia teologii, bo nie widzę powodu, by się do nich stosować. Chodzi mi tylko o pewną specyficzną dialektykę pojęć, jaka tu się pojawia. Teologia to nie tylko dogmatyka.
6. Good point: nie ma miłosierdzia tam, gdzie nie ma grzechu. Nie zgadzam się z konsekwencjami, ale muszę to jeszcze przemyśleć zanim odpowiem.
7. Wszystko, co mówisz, H., o Bogu Starego i Nowego Testamentu, wynika właśnie z optyki klasycznej teologii (wiem, że daleko Ci do niej, ale chcąc nie chcąc wszyscy tym nasiąkamy), którą ja eksplicite zakwestionowałem. Siłą teologii jest to, że nie musi być intuicyjna!
8. W dziedzinie rozważań nad odpowiedzialnością dłubanie w definicjach nie przyniosło jeszcze nawet najmniejszego efektu.
witam jeszcze raz Leopoldzie. Nie chciałem ciskać w Ciebie Bogiem. Nie mam najmniejszego zamiaru przekonywać, że jest On jako On taki lub inny.
Dwie sprawy budzą moją wątpliwość:
1) punktem wyjścia jest przyjęcie rzekomego dawnego dualizmu: naturalne-sprawiedliwość, ponadnaturalne-miłosierdzie, który funkcjonuje w teologii judeo-chrześcijańskiej (tak się domyślam). Otóż nie jestem przekonany czy w teologii rzeczywiście tak jest. Sam Stary Testament jest dużo bardziej zróżnicowany pod tym względem. Pierwszym lepszym przykładem, który przychodzi mi do głowy jest analiza pojęć plamy, zmazy, winy, którą przeprowadził Ricoeur w "Symbolice zła".
Te dwie kategorie (sprawiedliwość i miłosierdzie) w bardziej zaawansowanej teologii (czyli po Księgach Amosa i Hioba albo w Psałterzu) są już myślane łącznie. Stąd w późnym judaizmie funkcjonują łączne równoważące się pojęcia "din" (twarde surowe prawo) oraz "hessed" (łaska, miłosierdzie, czułość).
2)Z pkt. 1) wynika druga wątpliwość: skoro sam S.T. nie jest jednorodny, skąd sztuczny podział na Sprawiedliwego Sędziego Starego Przymierza i Boga Miłosierdzia Nowego Przymierza. Wcielenie Chrystusa nie jest chyba interpretowane jako pojawienie się nowej jakości (miłosierdzia), ale jako maksymalizacja tej już obecnej jakości.
Teraz uwagi:
1) Piszę to, bo wydaję mi się, że jeżeli operujesz pewnymi przykładami z dziedziny teologii judeo-chrześcijańskiej to trzeba trzymać się stanu faktycznego - co tam jest, a czego nie ma.
2) Zdaję sobie jednak sprawę, że tak naprawdę to cały tekst nie jest w ogóle o Bogu i o teologii, tylko o dialektyce. Bóg i teologia to chyba tylko przykłady. (Mam nadzieję, że dobrze odczytałem Twoje intencje.)
3) Bardzo podoba mi się Twój notatnik. Niektóre wpisy są może trochę pretensjonalne, ale miło jest znaleźć na śmietniku internetu coś od ludzi z mózgiem dla ludzi z mózgiem.
Prześlij komentarz