środa, 22 października 2008

Projekt fenomenologii ludzkiej ułomności

Podczas lektury "Państwa" wyczuwa się czasem obsesyjną obawę Platona przed ludzką kruchością. Człowiek, który projektuje doskonałe państwo i doskonałą jednostkę wydaje się lękać, że wystarczy jeden podmuch, aby to wszytko runęło jak domek z kart, jedna pokusa, jeden moment słabości, aby jego idealny człowiek zmienił się z powrotem w marną istotę, którą jest teraz.

Kto się ośmieli powiedzieć, że niesłusznie? Czyż nie wiemy, jak łatwo skacze się przez burtę?

Wiemy, wiemy. Wiemy też, jak zaskakująco łatwo się zdradza partnerów, jak niewiele trudniej przyjaciół. Jak łatwo kilka kieliszków dla relaksu przeradza się w długą drogę krzyżową. Jak łatwo się kłamie, gdy naprawdę kłamać nie wolno.

Nie ma co krzyczeć w grozie. Nikt z nas nie jest mordercą, szmalcownikiem, pewnie nikt - złodziejem. Ale przecież wystarczy, że powiesz jedno słowo. I odwrócisz na chwilę wzrok - nie zauważysz bolesnego grymasu. Albo to inne, po którym zaboli brak następnego. Nie zareagujesz wystarczająco szybko na taki bądź inny gest.

I cóż zrobić? Siebie wynić za czyny, o których się nie decyduje? Stwórcę za zaszczepioną nam ułomność?

Ale dość już tej egzaltacji, philosophemus! Spróbujmy sproblematyzować tę "ułomność". No właśnie, zacznijmy od tego cudzysłowu. Intuicyjnie uchwytujemy, że to, o czym mowa to ułomność, nic innego. Mamy więc przeczucie, że człowiek jest w pewien sposób niedoskonały, niepełny, jakoś nieudany. Ta intuicja musi być punktem wyjścia wszelkich rozważań i to ją trzeba najpierw poddać analizie. Na czym się ona opiera? Czy rzeczywiście jest tak, że - mówiąc w uproszczeniu - człowiek jest gorszy niż mógłby być? (gorszy niż jest?)

Przyjmijmy, że zgodzimy się, że w istocie w człowieku jest to "mniej" (ja sam sądzę, że tak właśnie jest, ale argumenty trzeba dopiero znaleźć). Wydaje się, że ułomność tę rozpatrywać można na dwóch płaszczyznach: a) człowiek jest gorszy niż mógłby być w sensie moralnym, dopuszcza się czynów, których (powinien by i) mógłby uniknąć; b) człowiek nigdy nie osiąga pełni swoich możliwości, nigdy nie osiąga tak wiele, jak by mógł. Ten drugi sens można traktować jako ogólniejszy od pierwszego, ale nie jest to chyba konieczne.

Należy również zastanowić się nad tym, jak można by opisać źródła tej ułomności - te "bliskie" żródła, które mogą wytłumaczyć poszczególny czyn. Nasuwa mi się kilka pojęć, takich jak lenistwo (interpretacja protestancka), brak uwagi (interpretacja kafkowska). Same w sobie nic one jeszcze nie znaczą, ale być może da się je owocnie zanalizować. Kwestią otwartą pozostaje jednak, czy są one trafne. Sugerują bowiem, że wytężenie wszelkich dostępnych człowiekowi sił powinno, o ile byłoby możliwe, zaradzić tej ułomności. Być może jednak nie da się jej nawet w teorii zaradzić.

Pozostaje wreszcie kwestia ostateczna, czyli pytanie o "istotowe źródło" tej ułomności. Jak dotąd jedyną bodaj godną uwagi próbą wskazania go była doktryna grzechu pierworodnego. Jeżeli miałaby ona pozostać jedyną, byłaby to hańba dla filozofii. Zadanie zrozumienia tej ułomności może jednak być ważniejsze niż honor filozofii, nie da się więc wykluczyć, że będziemy musieli jeszcze raz, nieuprzedzonym a skrupulatnym okiem, przyjrzeć się tej doktrynie.


9 komentarzy:

Anonimowy pisze...

hmm... i'm not sure that google translate does justice to your prose. how's things? following the us election? i have to submit my thesis in january so i have no life!

r x

Sherlock Kittel pisze...

Zawsze bliska była mi historia o Bogu, który musiał się cofnąć, by stworzyć świat. I mam bardzo silną, trywialną, banalną i ograną intuicję, że doskonałość i pełnia wyklucza tworzenie i działanie. O ułomności myślałabym w tym greckim duchu, wiązałabym ją z fałszem, zmianą, tym co w pewnym sensie wprowadza dynamikę, w innym jest efektem ubocznym, choć koniecznym, życia, bycia w czasie. I bycia ku śmierci. Nie przypadkiem modele państw i ludzi doskonałych to modele statyczne, modele tego, co powstanie, gdy skończy się historia, walka wygaśnie, nierównoważne siły zostaną zrównoważone, harmonia zmrozi emocje i dążenia. I w tym klasycznym, banalnym i trywialnym kierunku poszukiwałabym odpowiedzi na pytanie o źródło ułomności istotowe. Grzech pierworodny? Ależ tak. Rodzimy się nie pierwszymi nieruchomymi poruszycielami, zapatrzonymi w siebie w akcie wiecznej doskonałej kontemplacji, a tymi śmiertelnymi poruszanymi ciałami; z winy Ewy szarpanymi między dobrem i złem (komentatorom wolno sobie pozwolić na jeszcze odrobinę egzaltacji, mam nadzieję ;). I w tym samym kierunku poszłabym szukając odpowiedzi na pytanie "bliższe". Nie dostrzegamy grymasu, bo patrzymy akurat w inną stronę, w siebie, w kogoś innego. W butelkę. Nie mówimy tych właściwych słów, bo siły zużyliśmy już na inną rozmowę, bo brak na wszystko czasu, którego nie mamy nieskończenie wiele. To jest lenistwo, to jest brak uwagi, ale to jest przede wszystkim efekt - heglizujemus;) - ścierania się interesów, emocji, pragnień. Heglizujmy i patetyzujmy jeszcze bardziej: niech będzie to dialektyka obojętności i miłości (gdzie ta "biegunowa" miłość będzie pojęciem znów zbliżonym do teologicznego pojęcia miłości Boga, statycznej, niewybierającej, anty-wręcz-ludzkiej, a po ludzku będzie oznaczać po prostu śmierć), potwornie wewnętrznie złożona z uwagi na mnogość sił o różnych wektorach. A pomiędzy niechże właśnie będzie ten gąszcz pokus, dążeń i słabości. Nie błądzi tylko ten, kto nic nie czyni - kolejny banał. Im pełniejszą piersią żyjemy, tym boleśniej będziemy upadać. I im bardziej oddamy się szczególnym dążeniom czy osobom, tym straszliwsze będą - dla nas właśnie! - najdrobniejsze nawet nasze zaniedbania. Można to traktować jako szczególnie tragiczny rys tej naszej ułomności (! skąd we mnie dzisiaj te wszystkie Wielkie Słowa i patetyczne trywialności!), że (właśnie wtedy, gdy nie jesteśmy mordercami ani złodziejami) najbardziej krzywdzimy najbliższych i tylko najbliżsi naprawdę potrafią skrzywdzić nas. Ale te zaniedbania, te przeoczenia a może nawet te zdrady zdarzyć się muszą. Pragnieniami i emocjami można oczywiście do pewnego stopnia rządzić, ale życie raz a dobrze i na zawsze nakręconego zegara nie byłoby życiem. Choć jest swoistą harmonijną doskonałością. A zarazem to właśnie poczucie niedoskonałości i poczucie, że jednak o pewne sprawy walczyć trzeba, że na pewne słabości i wahnięcia, lenistwa i braki uwagi nie można sobie pozwolić i wszystkie związane z tym wybory nadają nam tożsamość. Heglizujmy zatem w najlepsze. I patetyzujmy. Intuicja moja - i jest to również intuicja doskonale banalna - jest taka, że doskonały mógłby być tylko człowiek, który żyje wiecznie. Ale "żyje wiecznie" to oksymoron (podobnie jak "doskonały człowiek"). Zarazem, żeby na koniec wyczerpać limit trywialności na najbliższe pół roku, nie ma co doskonałości i doskonałej nudnej miłości żałować. Już lepiej chyba ryzykować, że się wypadnie za tę burtę - ale że może ktoś, kto akurat popatrzy we właściwą stronę, rzuci nam jakieś koło, albo chociaż dowcip o żabie na liściu nenufaru na pocieszenie. Sternik, oko na człowieka ;)

Leopold Hess pisze...

Hm, jakkolwiek Twój wywód nie jest całkiem nieprzekonujący, to jednak mam wrażenie, że niczego nie tłumaczy. Prezentujesz tylko jakąś zsekularyzowaną wersję naturalnej teodycei, która nigdy chyba niczego nie tłumaczyła. Zmierza to do tezy, że właściwie dobrze, że jesteśmy niedoskonali, bo za doskonałość płaci się taką cenę, że to się nie opłaca. Ale to się kłóci z najbardziej fundamentalnymi intuicjami i wcale nie rozwiązuje problemu, tylko go ignoruje.

Sherlock Kittel pisze...

No aż się prosi napisać: przeczytaj jeszcze raz... Jaka teodycea... Jakie "to dobrze"... Jaka "cena"... W żadnym podobnym kierunku nie zmierza.

Leopold Hess pisze...

No, moja droga, a jaka jest różnica między powiedzeniem, że niedoskonałość jest warunkiem tworzenia i działania, a powiedzeniem, że zło jest ceną za wolność i różnorodność?

Sherlock Kittel pisze...

Być może niewielka. Ale ja, mój drogi, powiedziałam, że doskonałość tworzenie i działanie wyklucza. To co piszesz brzmi jak przeformułowanie moich sądów, ale to tylko sądy logicznie z moimi niesprzeczne. Gadanie o "cenie doskonałości" o tym, że "to dobrze, że jesteśmy tacy ułomni, bo tacy ludzcy i pełni namiętności" to bardzo miłe gadanie ale to nie to co miałam na myśli. De facto, nie dość, że ceną doskonałości jest śmierć i samotność, to jeszcze musimy tę cenę zapłacić i to jest podwójny skandal. Niedoskonałość i ułomność to żadne "dobrze" żadna tam "różnorodność" a już na pewno, na pewno, nie "wolność"! Ceną niedoskonałości jest, jak napisałam, ból, tragizm i zniewolenie. I to jest już trzeci skandal. A ujęłam to wszystko w tak złudnie brzmiących jak usprawiedliwianie Boga czy też człowieka, albo wręcz pocieszanie ułomnej ludzkości słowach, bo to właśnie między wszystkimi tymi skandalami jest miejsce na nasze bycie czy też stawanie się sobą. Nikt jeszcze nie powiedział, że to jakaś wartość, to konieczność. Mieliśmy heglizować ;) Niedoskonałość, to to co przezwyciężamy dążąc do doskonałości. To dążenie to jakieś złożenie będzie wszystkich tych miłości i pasji. Że czasem mamy z tego jakąś ulgę czy satysfakcję to nie jest zasługa Boga czy zysk z "interesu". Bóg, jak wiemy, jest zły. (Dlaczego miałby być raczej dobry niż zły?) Tylko zasługa tego, że sami w tym bagnie nie jesteśmy - i że ułomność rodzi ciekawość, a ta filozofię.

Sherlock Kittel pisze...

Po dłuższym namyśle i przerwie na piwo: uważam, że zasługuję na honorowy czarny powyciągany sweter, najlepiej z dziurą po nerwowo wypalonym papierosie.
Ponadto, skoro już robię tak skandaliczny coming out, to dodam jeszcze i to:
z tego żywego dążenia do martwej doskonałości właśnie rodzi się Bach. Z tego wspólnego bycia rodzi się Schubert, w którym słychać, jak w żadnej innej muzyce świata, ile pod drodze przelewa się między tymi ułomnymi, beznadziejnymi ludźmi ciepła.

Leopold Hess pisze...

Ale teraz mówisz już zupełnie inaczej. Twój pierwszy komentarz brzmiał tak, że nie dało się go zinterpretować inaczej niż to zrobiłem. Teraz łatwiej mi się zgodzić z tym, co piszesz, ale z drugiej strony, niewiele to wnosi, bo jest tylko przeformułowaniem problemu, a nie żadną odpowiedzią.

Do jednej rzeczy jednak muszę się jeszcze przyczepić: nie na miejscu ten Hegel. Hegel oznacza afirmację konieczności, czyli ni mniej ni więcej teodyceę. Kłóci się więc z resztą tego, co piszesz.

No a z Bachem i Schubertem to już przesadziłaś. Powinienem tu zainstalować taki filtr, który nie przepuszczałby komentarzy o zbyt wysokim poziomie patosu i kiczu, bo to przebija wszystkie moje posty razem wzięte:P

Sherlock Kittel pisze...

Piszę dokładnie to samo tylko na tyle wyraziście patetycznie, na ile okazuje się, że trzeba, żebym została właściwie zrozumiana :P
No ale jak piszę patetycznie, to już widać nie widać, że konieczność afirmuję i zamierzam być coraz to doskonalszą heglistką :P
To jest tego rodzaju przeformułowanie problemu, które pokazuje, że nie uzyskamy takiego rozwiązania, jakiego sobie życzyliśmy, a być może w ogóle żadnego innego poza właśnie takim oto dialektycznym opisem i to również wydaje mi się uczciwie heglowskie.
I, och, oczywiście nie czuję się urażona, że Szanowny Autor życzy sobie poddawać moje komentarze estetycznej cenzurze, ale wytykanie mi Bacha i Schuberta (a przypominam, że musiałam się niestety zdobyć na wyżyny ekspresji...) przez Autora tekstu o słowiańskiej duszy nasuwa pewne biblijne skojarzenia z belkami :P:P:P

:)
Sh.