piątek, 30 maja 2008

W obronie perwersji

Miałem w końcu ostatnio okazję obejrzeć wielki hit Kim Ki-duka "Wiosna, lato itd." Parę słów na ten temat.

Nie będę rozwodził się ani nad niewątpliwą plastyczną urodą filmu, ani nad jego równie niewątpliwym natrętnym moralizatorstwem (na pozór atrakcyjnym tylko dlatego, że dla odmiany nie chrześcijańsko-pochodnym).

W ogóle film ten jako ta konkretna produkcja przemysłu zwanego "europejska moda na koreańskie kino" nie interesuje mnie szczególnie.

Interesuje mnie natomiast kwestia dużo bardziej spekulatywna, mianowicie - żeby przejść od razu do rzeczy - teoria moralna, jaka stoi za tym, co Kim mówi nam w swoim filmie. A ściślej rzecz biorąc: koncepcja człowieka, jaką ta teoria zakłada.

Jak się zdaje, piękne polskie słowo "łopatologia" zostało stworzone specjalnie dla tego rodzaju tematów. Koncepcja jest bowiem zaiste prosta jak obsługa łopaty. Jeżeli skrzywdzisz, będziesz cierpiał. Jeżeli pożądasz, zabijesz. Jeżeli wyzbędziesz się gniewu... (to co właściwie? To zostaniesz buddą? To wyzbędziesz się gniewu?).

W każdym razie, człowiek jawi się tu jako niezwykle prosty mechanizm, którego sprawne funkcjonowanie zależy od spełnienia jednego prostego warunku: uzyskania idealnej równowagi termostatycznej z otoczeniem. Tak się jednak pechowo składa - wie to dziecko w gimnazjum - że układ pozostający w absolutnej równowadze z otoczeniem nie może wcale działać. Jest po prostu martwy, rozpływa się w oceanie zerowej funkcjonalności. Teoria moralna, jakiej hołduje Kim Ki-duk, jest teorią tego, jak finezyjnie i skutecznie umrzeć za życia.

Drwiny drwinami, ale sprawa jest w istocie nader poważna. Moda na "buddyzm" wprawdzie w ostatnich kilku latach jest w odwrocie, ale jeszcze niedawno święciła spektakularne triumfy i pewnie święcić będzie znowu (jak robi to od dwustu lat co mniej więcej dwa pokolenia), gdy tylko islamski terror przestanie budzić w nas dawno zapomniane przywiązanie do chrześcijańskich korzeni Europy.

Wiele można powiedzieć złego o tej modzie. Zwykle mówi się przede wszystkim o tym, jaki ten zachodni buddyzm jest powierzchowny, wtórny, obłudny, tandetny i bodhisattwa raczy wiedzieć, jaki jeszcze. Ja bym się tam cieszył akurat. Dlatego, że ten buddyzm (uprzedzając zarzuty: zdaję sobie sprawę z tego jak skomplikowaną i różnorodną religią jest buddyzm; mówię tu tylko o pewnej jego postaci, jakiej wyrazem jest między innymi film Kima, a nie jest to najmniej modna z form buddyzmu) w wersji głębokiej, pierwotnej, szczerej i oryginalnej jest dla mnie koncepcją zasadniczo odpychającą.

Powody są głównie dwa. Pierwszy brzmi: nie jestem w stanie pogodzić się z koncpecją, która uznaje, że najbardziej wartościowymi ludzkimi praktykami (jedynymi wartościowymi ludzkimi praktykami?) są praktyki samo-dyscypliny. Ale o tym może kiedy indziej.

Drugi powód wyraziłem powyżej przez porównanie z układem termostatycznym. Każąc człowiekowi "wyzbyć się gniewu", "oczyścić umysł", "wejść w harmonię z naturą", "wyzbyć się siebie" czy jakkolwiek jeszcze można tłumaczyć na europejski pojęcie satori i tego wszystkiego, co ma do niego prowadzić, każe w gruncie rzeczy człowiekowi przestać być człowiekiem, a stać się czymś dużo prostszym, niższym i gorszym od człowieka - ostatecznie niczym po prostu.

Koncepcja ta jest głęboko anty-intelektualna, anty-kulturowa, anty-cywilizacyjna, mówiąc krótko: anty-ludzka. Odziera ona człowieka z tego wszystkiego, co czyni go człowiekiem, a nie zwierzęciem czy nawet kamieniem. Człowiek to strasznie skomplikowane bydlę i musi taki pozostać, jeżeli jego egzystencja ma mieć jakikolwiek sens.


Człowieczeństwo jest perwersją. I nie odbierajmy sobie tego!

8 komentarzy:

Anonimowy pisze...

muszę to napisać- jakiż zatem jestem ludzki! :-)

9 pisze...

Mnie, swoją drogą, interesuje ten "wtórny, obłudny" etc. buddyzm. :) Tzn. co się za nim kryje, bo to ciekawa sprawa, jako że z reguły jestem uczulony na mówienie o czymś, że jest prawdziwe, szczere, oddane, słowem - trÓ!\m/.

Przyjmowanie jakiejś koncepcji w 100% zarezerwowane jest albo dla fanatyków, albo dla personelu danej religii (a i to ostatnie nie zawsze). Zwykły laikat działa na zasadach teorii ekonomii religii i zwykle stosuje jakieś eklektyczne dodatki. Pytanie tylko w którym momencie nadchodzi do spięcia między jedną a drugą koncepcją.

Raz. Dwa - jeśli piszesz "satori", to mam rozumieć, że chcesz o buddyźmie japońskim, zen, czy po prostu to chęć zarzucenia słówkiem innym niż Nirwana? ;)
Przyjmę roboczo i optymistycznie, że to pierwsze... (nie wchodząc w akademickie dyskusje na temat różnicy między Nirwaną a Satori, oraz widzeniem tegoż w każdym spin-offie buddyzmu zen...)

I w ramach czepialstwa, ciekaw jestem w jaki sposób idzie linia interpretacyjna wyrażenia "wejść w harmonię z Naturą" do "wyzbyć się człowieczeństwa".

Pozdrawiam.

ps. Widzę, że Sherlock jednak o tym ortografie zaburczała :D

Leopold Hess pisze...

Na dwa: celowo, z powodów retorycznych, swobodnie odwołuję się do buddyzmu, ponieważ nie chcę wdawać się w dyskusję, czym się jedna szkoła różni od drugiej. Interesuje mnie pewien ogólny kierunek myślenia, skonkretyzowany w filmie Kima.

Na "czepialstwo": myśl zasadnicza głosi, że człowiek jest człowiekiem, dlatego że występuje przeciw naturze.

Transparent pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Transparent pisze...

czym jest zatem d l a C i e b i e filozofia jeśli nie samodyscypliną? i to, podważajmy tezy i wyznania autora konsekwentnie, perwersyjną odmianą samodyscypliny. Chyba że wlasnie objawiasz relację Ja - filozofia jako paradoks per se nieklasyfikowany jako ludzka kategoria. Rzeczywiscie wprowadzenie pojęcia Młodego Boga pozwoliłoby na zachowanie logicznej spojnosci. Trudno jednak wykazac tę przesłanke..

1. Po pierwsze, chcę zaznaczyć, że wprowadzanie dualizmu perwersja a samodyscyplina jest bezzasadne. Pojęcia te są wręcz nieodparcie bliskie, a w wypadkach skrajnych, o jakich mowimy, immanentne względem siebie.

2. Po drugie,satori mozna interpretować jako permanentny orgazm, wiec tym bardziej nie na miejscu staje sie odejmowanie intensywnosci i skrajnosci tego stanu.
Na marginesie i z zaznaczeniem, ze nie chce Twojego komentarza ani rozwiniecia z mojej strony tego watku: Prowadzisz jak gdyby do prostej konstatacji, ze odejscie od cielesnosci i umyslowej czy fizycznej stymulacji odejmuje pasje. Przeciez pozostaje duchowość. w wymiarze absolutnym.
Chyba ze w racjonalnym wywodzie
nie ma dla niej miejsca. [dialogi ateistow z deistami zasluguja na okrycie zaslona milczenia, jesli ich strony doceniaja jednorazowaosc swojego istnienia i jego limit czasowy]


3. Po trzecie..., czym jest dla Ciebie filozofia jeśli nie samodyscyplina? Pomimo konstrukcji pytania nie zmierzam do tego bys wskazal inne jej w odniesieniu do Twej osoby aspekty. Retoryczne, ale skrycie żądne konfirmacji (afirmacji).

Jakkolwiek przeczy to zasadom otwartosci tego serwisu i fundamentalnym regulom tolerancji, prosze inne anizeli Autor osoby o niekontynuowanie ze mna dialogu. Nie mam ochoty na filozofie.

Leopold Hess pisze...

Osoby, które nie chcą komentarzy autora ani innych osób, nie mają ochoty na filozofię i zadają jedynie pytania retoryczne uprzejmie prosi się o prezentowanie swoich cennych refleksji na własnym blogu.

Transparent pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Transparent pisze...

spodziewałem się, że możesz odpowiadać drażliwie, ale nie sądziłem, że arogancko.

Fakt, że uchylam sie od dyput o duchowosci z osoba ktora swiat mierzy w kategorii logiki łamanej emocjami zostal chyba wystarczajaco dobitnie wyjaśniony by legitymowac moje odejscie od dyskursu o moralnosci. nie mamy nawet wpolnych narzedzi by ja podjac.
Chcialem przekierowac Twoja uwage ku watkom, przy ktorych mielismy szanse na wzajemnie konstruktywne wyrazanie pogladow.
coz, aktualnie nie pozostaje mi nic in. jak pozostawic Twojemu umyslowi dalsza śmialą trywializacje życia, spoleczenstwa, universum; i uciekanie do perwersji.