Miałem w końcu ostatnio okazję obejrzeć wielki hit Kim Ki-duka "Wiosna, lato itd." Parę słów na ten temat.
Nie będę rozwodził się ani nad niewątpliwą plastyczną urodą filmu, ani nad jego równie niewątpliwym natrętnym moralizatorstwem (na pozór atrakcyjnym tylko dlatego, że dla odmiany nie chrześcijańsko-pochodnym).
W ogóle film ten jako ta konkretna produkcja przemysłu zwanego "europejska moda na koreańskie kino" nie interesuje mnie szczególnie.
Interesuje mnie natomiast kwestia dużo bardziej spekulatywna, mianowicie - żeby przejść od razu do rzeczy - teoria moralna, jaka stoi za tym, co Kim mówi nam w swoim filmie. A ściślej rzecz biorąc: koncepcja człowieka, jaką ta teoria zakłada.
Nie będę rozwodził się ani nad niewątpliwą plastyczną urodą filmu, ani nad jego równie niewątpliwym natrętnym moralizatorstwem (na pozór atrakcyjnym tylko dlatego, że dla odmiany nie chrześcijańsko-pochodnym).
W ogóle film ten jako ta konkretna produkcja przemysłu zwanego "europejska moda na koreańskie kino" nie interesuje mnie szczególnie.
Interesuje mnie natomiast kwestia dużo bardziej spekulatywna, mianowicie - żeby przejść od razu do rzeczy - teoria moralna, jaka stoi za tym, co Kim mówi nam w swoim filmie. A ściślej rzecz biorąc: koncepcja człowieka, jaką ta teoria zakłada.
Jak się zdaje, piękne polskie słowo "łopatologia" zostało stworzone specjalnie dla tego rodzaju tematów. Koncepcja jest bowiem zaiste prosta jak obsługa łopaty. Jeżeli skrzywdzisz, będziesz cierpiał. Jeżeli pożądasz, zabijesz. Jeżeli wyzbędziesz się gniewu... (to co właściwie? To zostaniesz buddą? To wyzbędziesz się gniewu?).
W każdym razie, człowiek jawi się tu jako niezwykle prosty mechanizm, którego sprawne funkcjonowanie zależy od spełnienia jednego prostego warunku: uzyskania idealnej równowagi termostatycznej z otoczeniem. Tak się jednak pechowo składa - wie to dziecko w gimnazjum - że układ pozostający w absolutnej równowadze z otoczeniem nie może wcale działać. Jest po prostu martwy, rozpływa się w oceanie zerowej funkcjonalności. Teoria moralna, jakiej hołduje Kim Ki-duk, jest teorią tego, jak finezyjnie i skutecznie umrzeć za życia.
Drwiny drwinami, ale sprawa jest w istocie nader poważna. Moda na "buddyzm" wprawdzie w ostatnich kilku latach jest w odwrocie, ale jeszcze niedawno święciła spektakularne triumfy i pewnie święcić będzie znowu (jak robi to od dwustu lat co mniej więcej dwa pokolenia), gdy tylko islamski terror przestanie budzić w nas dawno zapomniane przywiązanie do chrześcijańskich korzeni Europy.
Wiele można powiedzieć złego o tej modzie. Zwykle mówi się przede wszystkim o tym, jaki ten zachodni buddyzm jest powierzchowny, wtórny, obłudny, tandetny i bodhisattwa raczy wiedzieć, jaki jeszcze. Ja bym się tam cieszył akurat. Dlatego, że ten buddyzm (uprzedzając zarzuty: zdaję sobie sprawę z tego jak skomplikowaną i różnorodną religią jest buddyzm; mówię tu tylko o pewnej jego postaci, jakiej wyrazem jest między innymi film Kima, a nie jest to najmniej modna z form buddyzmu) w wersji głębokiej, pierwotnej, szczerej i oryginalnej jest dla mnie koncepcją zasadniczo odpychającą.
Powody są głównie dwa. Pierwszy brzmi: nie jestem w stanie pogodzić się z koncpecją, która uznaje, że najbardziej wartościowymi ludzkimi praktykami (jedynymi wartościowymi ludzkimi praktykami?) są praktyki samo-dyscypliny. Ale o tym może kiedy indziej.
Drugi powód wyraziłem powyżej przez porównanie z układem termostatycznym. Każąc człowiekowi "wyzbyć się gniewu", "oczyścić umysł", "wejść w harmonię z naturą", "wyzbyć się siebie" czy jakkolwiek jeszcze można tłumaczyć na europejski pojęcie satori i tego wszystkiego, co ma do niego prowadzić, każe w gruncie rzeczy człowiekowi przestać być człowiekiem, a stać się czymś dużo prostszym, niższym i gorszym od człowieka - ostatecznie niczym po prostu.
Koncepcja ta jest głęboko anty-intelektualna, anty-kulturowa, anty-cywilizacyjna, mówiąc krótko: anty-ludzka. Odziera ona człowieka z tego wszystkiego, co czyni go człowiekiem, a nie zwierzęciem czy nawet kamieniem. Człowiek to strasznie skomplikowane bydlę i musi taki pozostać, jeżeli jego egzystencja ma mieć jakikolwiek sens.
Człowieczeństwo jest perwersją. I nie odbierajmy sobie tego!
