czwartek, 28 lutego 2008
poniedziałek, 18 lutego 2008
O zasadach natury i łaski
Pytanie o to, w jaki sposób w Bogu godzą się absolutne miłosierdzie i absolutna sprawiedliwość, podobnie jak korespondujące z nim zagadnienie stosunku zasługi i łaski, jest - wbrew pozorom - jednym z najdonioślejszych zagadnień filozoficznych, szczególnie dzisiaj. Pytając o Boga i zbawienie, pytamy bowiem o nas i naszą odpowiedzialność. Nie jest wykluczone, że to właśnie język teologii może najlepiej posłużyć znalezieniu odpowiedzi. (Nie twierdzę, że tak jest, ale może warto spróbować.)
Wymagałoby to jednak z pewnością dokonania na nim co najmniej dwóch korekt. Po pierwsze, pozbyć się należy - przynajmniej jeżeli wykorzystywać chcemy język teologii katolickiej (skądinąd nie jest wcale oczywiste, że powinniśmy: na pierwszy rzut oka teologia prawosławna, protestancka czy judaistyczna - każda na swój sposób - wydaje się być bardziej użyteczna) - jednego z najgorzej uformowanych pojęć w dziejach myśli ludzkiej, jakim jest pojęcie "wolnej woli". Po drugie, należy odwrócić stosunek natury i tego, co nadnaturalne. Jeżeli w opozycję tę mamy wpisać miłosierdzie i sprawiedliwość, klasyczna (chrześcijańska) teologia mówi nam, że sprawiedliwość jest tym, co ziemskie - człowiek jest bowiem mściwy - miłosierdzie zaś jest przymiotem Boga. W świetle rozwoju "nauk o człowieku", jaki dokonał się w ciągu ostatnich stu pięćdziesięciu lat, takie wartościowanie jest nie do utrzymania. Po Marksie, Freudzie i socjobiologii miłosierdzie musi wydawać się tym, co najbardziej zgodne z porządkiem natury. Każdą winę wszak usprawiedliwić możemy uwarunkowaniami społecznymi, psychologicznymi, ekonomicznymi, ewolucyjnymi itd. Każdą winę możemy więc wybaczyć. Samo pojęcie winy nie daje się pogodzić z odczarowaną wizją świata. To sprawiedliwość jawi się więc jako coś nadnaturalnego. Kategoria odpowiedzialności, można by powiedzieć, należy do innej, nie-naturalnej, przestrzeni logicznej.
[Dygresja: "stawianie na głowie" wydaje się być, w naszych czasach zwłaszcza, podstawowym zadaniem filozofa. Gdy spotyka się on z jakimkolwiek dualizmem - a dualizmy są wszędzie - pierwszą jego myślą powinno być: "a co, jeżeli jest dokładnie odwrotnie?" (Przykład pierwszy z brzegu: rozważania Żiżka o realizmie i idealizmie w "Rewolucji u bram"). Drugą myślą winno być: "a co, jeżeli sam ten dualizm jest fałszywy?". Między pierwszą a drugą mija jednak zwykle kilkaset lat.]
Dokonanie tego rodzaju przewartościowania na języku teologii nie jest trudne. Wystarczy zauważyć, że Bóg Sprawiedliwy Starego Testamentu staje się Bogiem Miłosiernym Nowego w momencie (Momencie), w którym staje się Człowiekiem. Wcielenie jest przejściem z porządku boskiego do porządku naturalnego. Jest też przejściem z porządku sprawiedliwości do porządku miłosierdzia.
Pierwsze rozwiązanie naszego problemu (stosunku Bożego miłosierdzia i Bożej sprawiedliwości), jakie się tu narzuca, jest jednak pesymistyczne: Bóg jest miłosierny, gdy staje się człowiekiem, gdy staje się słaby. Miłosierdzie jest słabością Boga. Bóg miłosierny "idzie na łatwiznę". Sprawiedliwość jest o wiele trudniejsza (czyż nie zgadza się to zresztą z naszym, ludzkim, doświadczeniem?).
Nędza dziennikarstwa
We wczorajszym "Dzienniku" wywiad z kardynałem Dziwiszem. O strajkach. Metropolita z właściwym sobie dostojeństwem analizuje warunki, w jakich strajk można uznać za "moralny". Główna jego teza głosi, że niektóre grupy zawodowe, w szczególności lekarze i nauczyciele, moralnego prawa do strajku nie mają, ze zwględu na straty, jakie w takim wypadku ponosi społeczeństwo.
Słowa Dziwisza nie dziwią. Społeczną naukę Kościoła wszyscy, chcąc nie chcąc, znamy (do tego stopnia, że zdaniem "Dziennika" kardynał nie "twierdzi" albo "uważa", ale "przypomina", że niektóre grupy zawodowe nie powinny nigdy strajkować). Zastanawiające jest natomiast co innego: komu do diabła przyszło do głowy pytać go o zdanie w tej sprawie? Dlaczego im bardziej oczywista jest moralna, polityczna i przede wszystkim intelektualna nędza polskiego Kościoła (dowodem choćby odejście Węcławskiego), tym częściej dziennikarze proszą jego dostojników o opinię na każdy temat? Czyżby nędza (moralna, polityczna i intelektualna) polskiego społeczeństwa była równie wielka, tak iż potrzebuje ono pouczenia w każdej sytuacji? Nie chce mi się w to wierzyć. Więc może problemem są tylko dziennikarze?
niedziela, 17 lutego 2008
Długie nocne rodaków rozmowy
... prowadzone koniecznie w kuchni, dotyczą zwykle:
literackiego talentu Marksa,
możliwości reaktywacji Polskiej Partii Socjal-Demokratycznej Galicji i Śląska Cieszyńskiego
tego, czy jesteśmy "gorszymi Słowianami"
Matki Rosji
problemów rojalizmu
krzyżyków na szyi
polskiego ducha wywrotowego
próżnosci artystów
skostniałej Europy
uczciwości Daszyńskiego
Najbardziej jednak roznamiętnia nas spór o wyższość Nastassji Filipowny nad Gruszeńką...
I tak w oparach tanich fajek, w oparach wódki toczymy nasze boje z Bogiem, Polską, sobą.
literackiego talentu Marksa,
możliwości reaktywacji Polskiej Partii Socjal-Demokratycznej Galicji i Śląska Cieszyńskiego
tego, czy jesteśmy "gorszymi Słowianami"
Matki Rosji
problemów rojalizmu
krzyżyków na szyi
polskiego ducha wywrotowego
próżnosci artystów
skostniałej Europy
uczciwości Daszyńskiego
Najbardziej jednak roznamiętnia nas spór o wyższość Nastassji Filipowny nad Gruszeńką...
I tak w oparach tanich fajek, w oparach wódki toczymy nasze boje z Bogiem, Polską, sobą.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)