Gdy powstawał ten blog, planowałem umieszczanie w nim komentarzy do tzw. "bieżącej polityki". Tak się złożyło, że był to okres wyborów, a od wyborów nie działo się w polityce - poza expose Tuska - zupełnie nic. Teraz w końcu coś się dzieje, choć nieszczególnie ciekawego, więc korzystam z okazji.
Chodzi oczywiście o sprawę traktatu lizbońskiego. Wprowadzać chyba nikogo nie trzeba, więc przejdę do rzeczy. Tusk nie może sobie pozwolić na porażkę w głosowaniu sejmowym - to oczywiste. Byłaby to kompromitacja Polski i polityczna śmierć jego samego, a zarazem wielki triumf Rydzyka. Zaczyna więc myśleć o wyborach. Karnowski pisze w dzisiejszym "Dzienniku": "to [...] rozwiązanie dla partii Donalda Tuska w miarę bezpieczne, bo na podstawie sondaży można założyć, że kolejne wybory wygrałaby z jeszcze większą przewagą". Myli się moim zdaniem. Wysokie poparcie dla PO wynika przede wszystkim z poczucia ulgi - dzięki PO możemy wreszcie odpocząć od polityki. Gdyby Tusk zdecydował się na wcześniejsze wybory, natychmiast by to zaprzepaścił. Poza tym bardzo łatwo byłoby PiS punktować go za to, że przez te kilka miesięcy jego rząd - mówiąc eufemistycznie - nie zrobił zbyt wiele. Wybory prawie na pewno by zatem przegrał. Co gorsza, prawie na pewno wygrałby je Kaczyński - kampania wyborcza pozwoliłaby mu bez trudu opanować wszystkie problemy wewnętrzne partii.
Tusk nie może jednak pozwolić sobie także na referendum, choć to jest pewnie rozwiązanie mniej ryzykowne. Frekwencja na pewno nie sięgnęłaby wymaganego progu, co oznaczałoby znowu kompromitację Polski i Tuska, nawet jeżeli dużo mniejszą niż w przypadku porażki w parlamencie.
Zostaje więc tylko jedno rozwiązanie, o którym myślą już podobno prawnicy PO: połączyć wybory z referendum. W ten sposób powinno się udać zmobilizować społeczeństwo na tyle, aby frekwencja była wystarczająco wysoka. Dałoby to też Tuskowi dużo większe szanse na zwycięstwo - mógłby połączyć kampanię wyborczą partii z kampanią prounijną itd.
Wniosek jest prosty: tylko to ostatnie rozwiązanie jest dopuszczalne. No chyba że uda się jednak rozwiązać problem w parlamencie. Wydaje mi się jednak, że i tak byłoby lepiej doprowadzić do wyborów wraz z referendum (chociaż w takim wypadku byłoby to tylko pobożne życzenie). Dla Tuska to wprawdzie bardziej ryzykowne, ale dla Polski lepsze. Po pierwsze, już teraz Europa wie, że mamy kłopoty z ratyfikacją traktatu. Jeżeli uda się je rozwiązać tylko dzięki targom w sejmowych kuluarach, niesmak pozostanie. Gdybyśmy przyjęli traktat w referendum, możliwe byłoby zatarcie złego wrażenia. Po drugie - argument z zupełnie innego rejestru - decyzje tej rangi, co ratyfikacja traktatu lizbońskiego, powinny z definicji być podejmowane w ogólnonarodowym referendum, a nie w parlamencie. Tego - moim przynajmniej zdaniem - wymaga pojęcie "suwerenności narodu".